27.11.14

Natura Siberica Aralia Mandshurica - krem do cery suchej na dzień i na noc


Moje doświadczenia z naturalnymi kosmetykami do twarzy nie są specjalnie udane. Ich popularność sprawiła, że przerobiłam kilka kremów różnych producentów, mając wobec nich dość wysokie oczekiwania. Niestety, w jednym przypadku moja cera zareagowała przesuszeniem, w innym krem ją zapychał. Raz skończyło się na podrażnieniu i uczuleniu, a jeśli już znalazłam taki, który nie robił mi krzywdy, to zwykle nie odpowiadał mi zapach lub formuła. Krótko mówiąc, zawsze było coś nie tak. 

Na kremy Natura Siberica natrafiłam przy okazji zakupów na stronie któregoś sklepu z rosyjskimi produktami. W głowie kołatała mi myśl, że może niesłusznie skreślam naturalne kosmetyki do twarzy i zanim postawię kropkę nad "i", wypadałoby dać im jeszcze jedną szansę. Postanowiłam pójść na kompromis, bo kremy nie mają całkowicie naturalnych składów, ale posiadają wszelkie certyfikaty plasujące je w grupie kosmetyków naturalnych i organicznych (nie zawierają sztucznych tłuszczy, olejów, silikonów, parafiny, syntetycznych składników chemicznych, parabenów i innych substancji uzyskiwanych przy destylacji ropy naftowej).


Większość z Was (tych blogujących przynajmniej) pewnie wie, że nie jest łatwo zrecenzować krem. O ile można opisać krótkoterminowe efekty, takie jak stopień nawilżenia, czy szybkość wchłaniania, tak właściwe działanie pozostaje, że tak enigmatycznie napiszę, zagadką przyszłości. Na podstawie kilku czynników mogę przewidzieć, czy stosowanie danego kosmetyku niesie przyszłe korzyści dla mojej skóry. Dodatkowo, żeby faktycznie je zaobserwować i móc ocenić, musiałabym być mu wierna dłużej niż miesiąc/dwa. Dlatego do recenzji kremów zabieram się jak pies do jeża (na przykład pisząc długie wstępy). A jeszcze trudniej jest, gdy bohaterowie recenzji, tak jak dzisiejsi, budzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony składy wyglądają dobrze. Z drugiej jednak czuję, że moja skóra potrzebuje nieco innej pielęgnacji. Zastanawiam się, czy to kwestia przyzwyczajenia do kremów cięższego kalibru, czy lżejsze kosmetyki, które mimo że pielęgnują, dostatecznego nawilżenia nie są w stanie mi zapewnić.

Skład kremu na dzień: Aqua, Coco-Caprylate/Caprate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Glyceryl Stearate, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Glycerin, Sorbitol, Sodium Stearoyl Glutamate, Tocopherol, Sodium Hyaluronate, Xanthan Gum, Pinus Sibirica Seed Oil Polyglyceryl-6 EstersPS, Hydrolyzed Wheat Protein, Parfum, Prunus Persica Leaf Extract, Linum Usitatissimum Seed Oil, Aralia Mandshurica Extract, Palmitoyl Tripeptide-5, Dipeptide Diaminobutyroyl Benzylamide Diacetate, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Water, Melissa Officinalis Flower/Leaf/Stem Extract, Arnica Montana Flower Extract, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Aquilegia Sibirica Extract, Festuca Altaica Extract, Hesperis Sibirica Extract, Citric Acid, Corn Starch, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, CI 75125, CI 75130, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene Carboxaldexyde, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Alpha Isomethyl Ionone.

Skład kremu na noc: Aqua, Butyrospermum Parkii(Shea) Butter, Dicaprylyl Ether, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Octyldodecanol, Cetearyl Glucoside, Glycerin, Sorbitol, Tocopherol, Prunus Persica Leaf Extract, Persea Gratissima (Avocado) Fruit Oil, Macadamia Ternifolia Nut Oil, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil, Sodium Stearoyl Glutamate, Sodium Hyaluronate, Parfum, Hydrolyzed Wheat Protein 9, Glyceryl Linoleate, Glyceryl Oleate, Glyceryl Linolenate, Xathan Gum, Palmitoyl Tripeptide-5, Dipeptide Diaminobutyroyl Benzylamide Diacetate, Citric Acid, Pinus Siberica Seed Oil, Polyglyceryl-6 EstersPS, Bisabolol, Linum Usitatissimum Seed Oil, Aralia Mandshurica Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Water, Calendula Officinalis Flower Extract, Avena Sativa Seed Extract, Aquilegia Sibirica ExtractWH, Festuca Altaica ExtractWH, Hesperis Sibirica ExtractWH, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, Corn Starch, CI75810, CI75130, Caramel, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3 – cyclohexene Carboxaldexyde, Linalool, Butylphenyl Methylopropional, Alpha Isomethyl Ionone.

Uwaga, na wielu stronach internetowych krążą nieprawdziwe listy składników, sugerujące, że są to kosmetyki 100% naturalne. Nie wiem czym jest to spowodowane, być może kremy były kiedyś dostępne w innych wersjach. Jaki jest ich właściwy skład widać powyżej - kremy zawierają sporo substancji czynnych pochodzenia naturalnego, ale też niewielką ilość konserwantów, czy substancji zapachowych. 



Celowo sięgnęłam po wersje do skóry suchej, kierując się wcześniejszymi doświadczeniami. Te podpowiadały mi, że moja cera, którą określiłabym jako normalną ze skłonnością do przesuszeń, może potrzebować podwójnej dawki nawilżenia.

Przejdźmy do kremu na noc. Ten zawiera między innymi masło shea, ekstrakt z liści brzoskwinii, olej awokado, makadamia, z kiełków pszenicy, czy lniany. W składzie znalazła się też woda rumiankowa, nagietek i oczywiście kilka akcentów syberyjskich: aralia mandżurska, kostrzewa ałtajska i ekstrakt z orlika syberyjskiego. Dodatkowo bazą jest organiczny olej z cedru syberyjskiego. Wszystko brzmi bardzo ładnie i powinno działać. Niestety, nie do końca tak jest. Już przy pierwszym użyciu moją uwagę zwrócił lekko perfumowany, kwiatowy zapach. Niektórym będzie on odpowiadał, bo w sumie jest dość przyjemny. Ja jednak nie lubię tego typu atrakcji w kosmetykach do twarzy. Co więcej, mam wrażenie, że krem natłuszcza, ale nie nawilża zbyt dobrze. Mimo stosunkowo gęstej i treściwej konsystencji, którą na ogół lubię, nie sięgałam po niego chętnie. Nieco wolno się wchłaniał, co w sumie jest do przeżycia w przypadku kosmetyku na noc, ale słabe nawilżenie przy produkcie do cery suchej jest nie do przyjęcia.

Podobne odczucia miałam w przypadku kremu na dzień. Wraz aralią mandżurską, która ma zapewnić skórze miękkość i elastyczność, w składzie znalazła się część olei i ekstraktów zawartych w kremie na noc. W znajdziemy tam też też kwas hialuronowy odpowiedzialny za nawilżenie i witaminę E, która zwiększa elastyczność skóry. Na dokładkę mamy filtr SPF-20 (Ethylhexyl Methoxycinnamate - jest niestety filtrem przenikającym). Sam krem ma lżejszą formułę i wchłania się szybko, z tego też względu liczyłam, że będzie idealną bazą pod makijaż. Niestety, bywały takie dni, że nawet bez niego moja skóra była ściągnięta i przez większość dnia czułam dyskomfort. Wraz z początkiem jesieni, przy spadku temperatur i suchym powietrzu w nagrzanym mieszkaniu, perspektywa stosowania go nie jawiła mi się zbyt kolorowo.

Oba kosmetyki przy pierwszych testach wypadły całkiem obiecująco. Dodatkowym plusem była przyjemna szata graficzna i opakowanie typu airless, dzięki któremu dozowanie było łatwe i higieniczne. Niestety, po raz kolejny rozczarowało mnie działanie nawilżające. Dla mnie jest po prostu za słabe. Przy kremie na noc ratowałam się serum witaminowym z Lumene, natomiast krem na dzień spisywał się jako tako, tylko w przypadku gdy nie nosiłam makijażu, lub używałam lekkiego kremu tonującego.

Mimo wszystko, warto przyjrzeć się obu produktom. W żadnym wypadku ich nie odradzam, składy są ok, choć nie tak dobre jak mogłoby się wydawać. Po prostu nie polecam posiadaczkom cer suchych, bo w tej kwestii nie spełniają obietnic producenta.

Ciekawa jestem czy, ktoś z Was stosował kremy z Natura Siberica oraz jakie są Wasze doświadczenia z całkowicie naturalnymi kosmetykami do twarzy. Sprawdzają się u Was, czy tak jak ja, wciąż czujecie niedosyt i rozczarowanie?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

21.11.14

MAC Melba


Jeszcze parę lat temu, kwestię różu do policzków traktowałam po macoszemu. Miałam w swoich zbiorach jeden przypadkowy, koniecznie różowy. Na ogół nakładałam go byle jak, lub, widząc nieciekawy efekt końcowy, zupełnie z niego rezygnowałam. Młoda byłam i zanim do malowania się zaczęłam podchodzić nieco bardziej świadome, przerobiłam chyba wszystkie popularne błędy makijażowe. Szkoda, że w moich nastoletnich latach nie było internetu, youtuba i blogów urodowych.

Bo gdyby były, pewnie wcześniej dowiedziałabym się, że ceglaste kolory z kosmetyczki mamy nie służą do konturowania. Może nawet sprawiłabym sobie Melbę jako mój pierwszy róż - podobno to odcień, który pasuje każdemu i świetnie nadaje się dla osób, które nie mają doświadczenia w temacie. Warto o tym pamiętać, jeśli planujecie zakupy w ciemno, jak ja. Niestety od najbliższego MACa dzieli mnie kilkadziesiąt kilometrów.


Przejdźmy do spraw technicznych. MAC Melba to róż prasowany o wykończeniu matowym, jego kolor określiłabym jako brzoskwinia z domieszką koralu. Odcień jest stosunkowo zachowawczy, przez co łatwo przejść obok niego obojętnie, jednak nie jest to w żadnym stopniu jego wadą. Nałożony na kości policzkowe prezentuje się bardzo naturalnie, pięknie ożywiając i odświeżając cerę.

Aplikacja odbywa się bez większych problemów. Róż jest stosunkowo dobrze napigmentowany, ale nie trzeba obchodzić się z nim szczególnie ostrożnie. Ładnie się rozprowadza i nie ma tendencji do robienia plam. Zazwyczaj używam go w duecie z pędzlem Zoeva 127, który możecie zobaczyć na jednym ze zdjęć.


Aż chciałoby się na zwieńczenie recenzji napisać, że trzyma się na policzkach od rana do wieczora. Niestety, w ciągu dnia stopniowo znika z twarzy i trzeba nałożyć go ponownie. Trwałość jest przyzwoita, ale nie rewelacyjna - przetrwa imprezę, przetrwa dzień w szkole/pracy, ale i jedno i drugie już nie. Zakładam, że przy odpowiednim utrwaleniu makijażu można by przedłużyć jego żywotność, ale na co dzień nie stosuję takich zabiegów.

Ostatecznie jednak Melbę polecam. Cena jest wysoka, ale należy wziąć pod uwagę fakt, że taki kosmetyk posłuży nam kilka lat. Kolor jest na prawdę godny uwagi, a przyjemne wykończenie i bezproblemowa aplikacja sprawiają, że sięgam po niego praktycznie codziennie.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

14.11.14

Szminka Rimmel Moisture Renew - 180 Vintage Pink


Vintage Pink proszę Państwa to mój wielki powrót do różu. Właściwie to już od pierwszego użycia wiedziałam, że ten kolor to strzał w dziesiątkę - ten odcień różu bowiem, jako jeden z niewielu nie gryzie się moim typem urody i przy okazji idealnie wpisuje się w jesienne trendy (a przynajmniej te moje, osobiste).

Sięgając w sklepie po Moisture Renew spodziewałam się dobrej formuły, bo taka na ogół charakteryzuje pomadki Rimmel. Już sama nazwa zawiera obietnicę nawilżenia, więc w moim mniemaniu nie mogła zawieść. I nie zawiodła. Pod tym względem jest bardzo przyzwoicie, co dla mnie niezwykle istotne, w końcu szminka ma się sprawdzić zimą i jesienią. Może niekoniecznie oczekujcie, że wypielęgnuje Wam usta, ale z pewnością nie doprowadzi do ich wysuszenia.


Formuła jest niesamowicie kremowa, a pigmentacja świetna. Szminka nie zawiera żadnych drobinek i utrzymuje się na ustach całkiem długo, pod warunkiem, że nie zamierzamy jeść, czy pić. Nie oszukujmy się, po posiłku trzeba nałożyć ją ponownie. No cóż nie można mieć wszystkiego, ale standardowa trwałość akurat snu z powiek mi nie spędza.

Kolor określiłabym jako pudrowy róż z dawką jagody. Dla mnie wybór idealny, bo tego rodzaju odcienie dobrze współgrają z moją cerą. Wygląda dobrze teraz gdy jestem blada, ale myślę że z opalenizną również będzie się świetnie prezentować.



Jest coś czarującego w tej pomadce i moim zdaniem to kombinacja koloru, nazwy i zapachu. Dzięki nim mogę się a chwilę przenieść w czasy, gdy podkradałam kosmetyki mamie. Jej szminki miały charakterystyczny zapach, który rozpoznałam właśnie w Vintage Pink. Na dzień dzisiejszy jest moim ulubieńcem i niezbędnikiem. Przynajmniej do czasu znalezienia nowej szminkowej miłości.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

13.11.14

Zakupy - Rossman i Natura


Promocja w Rossmanie trwa, a wraz z nią trwa narzekanie. Narzekanie pociągną za sobą jeszcze więcej narzekania i nagle wszyscy mają czegoś dość. Dość pisania o promocji, narzekania na promocję, narzekania na osoby narzekające na promocję, w końcu dość samej promocji. Ja osobiście mam to gdzieś i dla odmiany napiszę i o promocji i o zakupach. Nie tylko Rossmanowskich, bo moje nogi poniosły mnie również w stronę Natury. Tak, tak tam też była promocja, co prawda nie tak fajna jak ta w Rossmanie, ale wystarczyło, żeby taką wygłodniałą kosmetykomaniaczkę jak ja przyciągnąć. Bo musicie wiedzieć, że zakupów kosmetycznych nie robiłam już ho ho i na łowy szłam z realnej potrzeby uzupełnienia zapasów.

Aha ostatnio jestem też stałą bywalczynią aptek, więc przy okazji jednej wizyty robiłam sobie prezent i kupiłam zachwalany Beauty Elixir od Caudalie. Przed napisaniem posta udało mi się przetestować zakupy i myślę, że mogę się z Wami podzielić wstępnymi opiniami.


1. Rimmel Stay Matte baza pod makijaż - biję się w pierś, bo sama kiedyś popełniłam zdanie twierdzące, że bazy pod makijaż są zbędne. No dobrze, niezbędnie nie są, ale jeśli się trafi na odpowiednią, potrafią być całkiem użyteczne. Baza Rimmela, na szczęście nie ma nic wspólnego z silikonowymi ohydztwami z którymi miałam do czynienia lata temu i przez które nabawiłam się urazu. Na razie użyłam jej kilka razy, więc za krótko aby wydać werdykt, ale wstępnie uważam, że jest całkiem niezła.

2. Eveline Cosmetics nawilżający peeling do rąk - całkiem fajny peeling o bardzo przyjemnym waniliowym zapachu. Wydaje mi się, ze faktycznie nieźle nawilża, choć nie bardzo jeszcze rozgryzłam czy mam go zmyć po użyciu, czy zostawić na dłoniach. Chętnie bym zostawiła, ale te drobinki trochę przeszkadzają. Oświećcie mnie, bo NIE WIEM.


3. Podkład Revlon Nearly Naked 130 shell - zdecydowałam się wypróbować Nearly Naked zachęcona większością opinii na jego temat. Wstępnie mogę napisać, że podkład okazał się strzałem w dziesiątkę, zarówno pod względem działania jak i koloru. Ma lekką konsystencję i ładnie stapia się ze skórą. Po nałożeniu cera wygląda świeżo i promiennie. Oby był to obiecujący początek długiej przyjaźni.

4. Caudalie Beauty Elixir - czyli woda rozświetlająca. Ma za zadnie wygładzać i rozświetlać skórę, czego według mnie nie robi. Co nie znaczy, że to kosmetyk do niczego - jak na mój gust to po prostu świetny tonik. Stosuję elixir rano, na czystą skórę przed nałożeniem kremu. I muszę przyznać, że niesamowicie odświeża. To taki natychmiastowy zastrzyk energii po nieprzespanej nocy, a tych mam ostatnio sporo (właściwie to wszystkie). Duża w tym zasługa składu. Zawiera między innymi olejek z liści gorzkiej pomarańczy, liści rozmarynu i mięty pieprzowej. Ta mieszanka odpowiedzialna jest również za stosunkowo intensywny zapach wody. Niektórym może przeszkadzać, ale mnie się podoba. Czy warto? Na pewno naskrobię pełną recenzję.


5. Le Petit Marseillais żel pod prysznic biała brzoskwinia i nektarynka - poleciła mi go pewna Perfumoholiczka, a ja zaufałam jej nosowi. Nie zawiodłam się, zapach jest niesamowicie przyjemny, Na razie czeka w kolejce na użycie, a ja od czasu do czasu wącham sobie zawartość :)


6. Pomadka Rimmel Moisture Renew 180 Vintage Pink - Cudowna! Dopiero co znalazłam ulubieńców pod postacią masełek do ust z Revlonu, a tu takie odkrycie. Ma świetną formułę, jest bardzo dobrze nagimentowana i pachnie jak szminki mojej mamy, które podkradałam w dzieciństwie. A kolor ma boski. Szykuje się recenzja.

7. Mascara Max Factor False Lash Effect - mam spore zaufanie do tuszy Max Factor, więc ten wzięłam w ciemno. Gdy zobaczyłam silikonową szczoteczkę mina lekko mi zrzedła, bo na ogół takie twory skutecznie sklejały mi rzęsy. No ale użyłam, spisała się dobrze, więc daję jej zielone światło.

Jak tam Wasze zakupy? Planujecie, jesteście już po, czy dajecie sobie spokój? W razie gdybyście się nie załapały, nic straconego. Od 20 listopada Natura naszykowała promocję 40% na większość swojej kolorówki. Ja postaram się trzymać z daleka, chętnym życzę udanych łowów.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

8.11.14

Październikowe zużycia - mini recenzje


Witam! Jak co miesiąc czas na podzielenie się opinią o kosmetykach, które sięgnęły dna i niekoniecznie doczekały się pełnej recenzji na blogu. O części pisałam w osobnych postach, inne się nie załapały. Cóż, nie widzę sensu recenzowania produktu, który wystarczy podsumować w kilku zdaniach. Stąd mini recenzje - mam nadzieję że okażą się przydatne.

Jak nietrudno zauważyć królują kosmetyki pielęgnacyjne, wciąż też zużywam zapasy z Yves Rocher - ostatnie zamówienie robiłam dobre pół roku temu, a mój zbiór żeli pod prysznic dopiero zaczyna się kurczyć. Dobra okazja do skompletowania zamówienia z świątecznymi zapachami!


1. Odżywka Garnier Ultra Doux olejek z awokado i masło karite - pełna recenzja pojawiła się tu <klik>. Wiem, że ta odżywka ma wielu zwolenników. Pewnie ze względu na brak silikonów i krótki skład. Ja przy dłuższym stosowaniu niestety nie byłam z niej zadowolona. Włosy zareagowały na nią w najgorszy możliwy sposób - od nasady zaczęły się szybko przetłuszczać, a na długości puszyły się.

2. Wygładzający balsam odżywczy Tołpa z ekstraktem z marchwi i oleju awokado - do Tołpy zawsze miałam ograniczone zaufanie, trochę nie grały mi wysokie ceny i takie sobie składy. Nie raz wystawałam przy półce w Rossmanie zastanawiając się nad zakupem, ale ostatecznie odkładałam kosmetyk na swoje miejsce. W końcu do mojej łazienki trafił balsam, który okazał się przeciętniakiem z parafiną na początku składu. Zgadnijcie skąd to obiecywanie wygładzenie? Do tego na koniec lista parabenów. Na ogół nie czepiam się chorobliwie składów, ale jak na markę, która w wkrótce zmienia nazwę na TOŁPA GREEN (informacja na opakowaniu) nie jest imponująco. Bardzo przeciętny kosmetyk nie wart swojej ceny.

3. Isana Med krem do rąk 5,5 % mocznika - bardzo lubię mleczko do ciała z tej serii, jest niezastąpione po depilacji i przy walce z suchą skórą. Krem do rąk spełniał swoje zadanie, miał też gęstą konsystencję, którą lubię, ale nie mam ochoty kupować go ponownie. Za dużo jest fajnych kosmetyków o przyjemniejszym zapachu i dobrym działaniu.


4. Yves Rocher szampon do włosów kręconych z wyciągiem z baobabu - bardzo przyjemny szampon, o kremowej konsystencji i przyzwoitym działaniu. Co prawda nie zauważyłam żadnego wpływu na skręt włosów, ale ma przyjemny świeży zapach i włosy są po nim w dobrej kondycji. Cudów od szamponów nie wymagam, ten nie wyrządził mojej skórze głowy żadnej szkody, a używałam go z przyjemnością. Do tego jest niedrogi. Z pewnością wypróbuję inny z tej serii.

5. Yves Rocher Jardins du Monde żel pod prysznic o zapachu lawendy - całkiem fajny, choć czuję, że z zapachem można się było lepiej postarać. Ogólnie lubię lawendowe kosmetyki więc miło się go używało. O nim i innym lawendowym umilaczu kąpieli pisałam tu <klik>.

6. Yves Rocher Bio żel pod prysznic z olejem arganowym - Zapach przeciętny, a nie ukrywam, że to przede wszystkim tym czynnikiem kieruję się przy wyborze żelu pod prysznic.

Podsumowując, najlepsze wrażenie zrobił na mnie szampon z Yves Rocher, może też skuszę się ponownie na lawendowy żel. Pozostałe kosmetyki nie wyróżniły się niczym specjalnym. Znacie te produkty? Może u Was sprawdziły się lepiej?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

4.11.14

Ulubieńcy października


Nie będę oryginalna, jeśli napiszę, że ten miesiąc minął w mgnieniu oka. Dopiero szykowałam wrześniowych ulubieńców i czułam powiew jesieni na karku. Teraz mogę tylko mieć nadzieję, że będzie trwała jak najdłużej. Lubię ten czas gdy drzewa wciąż pokryte są złotymi liśćmi i można jeszcze liczyć na cieplejsze dni. I wciąż ciężko mi uwierzyć, że za kolejny miesiąc będę powoli wyciągać z szafy świąteczne dekoracje.

Październikowi ulubieńcy dali się ponieść jesiennej aurze. Przyszła pora na słodkie, otulające kosmetyki pielęgnacyjne, a w kolorówce prym wiodą śliwki, ewentualnie jagody i czerwienie (te ostatnie głównie na paznokciach). 


1. Palmer's Cocoa Butter Formula nawilżający balsam do ciała - nie przepadam za intensywnie pachnącymi balsamami do ciała, ale ten uwielbiam między innymi za zapach. Pachnie jak kakao -słodko, smakowicie, wręcz ciężko się powstrzymać przed zjedzeniem go. Pod względem pielęgnacji też nic mu nie brakuje. Masło kakaowe jest wysoko w składzie, a sam balsam jest gęsty, treściwy i bardzo wydajny. Świetnie się rozprowadza na skórze i dobrze nawilża. Idealny kosmetyk na zimne dni, konsystencją bardziej przypomina masło niż balsam. Jest tylko jeden mały zgrzyt. Ze względu na zbitą formułę, ciężko wydobyć go z opakowania, i przypuszczam, że niebawem będę musiała do pomocy zaprosić nożyczki.


2. Revlon Lip Butter 050 Berry Smoothie - masełka od ust Revlonu jako jedne z niewielu skutecznie łączą w sobie cechy szminki i balsamu do ust. Mogę używać ich cały dzień i absolutnie nie działają wysuszająco (jak to miało miejsce np ze słynnymi Babylips). Poszczególne odcienie różnią się od siebie natężeniem koloru i wykończeniem. Berry Smoothie to delikatny jagodowy róż,  który jest półtransparentny na ustach i zawiera delikatne drobinki odbijające światło. To właśnie ten po ten odcień najczęściej sięgam na co dzień. Efekt jest delikatny więc można używać go nawet w biegu, bez konieczności zaglądania w lusterko. Na ustach wygląda ślicznie, zdrowo i naturalnie. 

3. Revlon Lip Butter 096 Macaroon to taki naturalny przybrudzony róż. który również zawiera błyszczące drobinki. Na ogół nie lubię takich dodatków w produktach do ust (wyjątkiem są błyszczyki) jednak w przypadku obu pomadek efekt bardzo mi się podoba - jest subtelny i sprawia, że usta wyglądają na pełniejsze. Przy Macaroon można się pobawić natężeniem, bo pigmentacja jest o wiele mocniejsza niż w przypadku Berry Smothie. 


4. Essie - Twin Sweater Set - o tej cudownej ciemnej czerwieni pisałam w ostatnim poście <klik>. Powtórzę więc tylko, że kolor jest przepiękny, kojarzy mi się z dojrzałą żurawiną i na pewno nie raz będzie gościł na moich paznokciach w nadchodzących miesiącach. Jeśli więc szukacie ładnej zimowej czerwieni - polecam gorąco.


5. Kawowy żel pod prysznic Yves Rocher Jardins du Monde - pachnie po prostu przepysznie. Wiele o nim słyszałam i zanim zdecydowałam się wypróbować, wyobrażałam sobie mocny zapach czarnej palonej kawy. Tymczasem żel zaskoczył mnie aromatem słodkiej kawy z mlekiem. Ale jakiż on jest cudowny i jak działa na zmysły! Zapewniam, że po otwarciu pocieknie Wam ślinka.

6. Bielenda olejek do kąpieli lawenda i eukaliptus -  o tym jak pokochałam lawendę pisałam tu <klik>. Jej cudny zapach pomaga zrelaksować i wyciszyć się po długim dniu. Olejek Bielendy bardzo fajnie spisuje się w tej roli. Niecodziennie mam czas na taką kąpiel, ale przez to jeszcze bardziej delektuję się tymi chwilami, gdy mogę zapomnieć o całym świecie.

A może Wy się pochwalicie swoimi jesiennymi ulubieńcami?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:
© ROSE AND VANILLA . All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig