Vintage Pink proszę Państwa to mój wielki powrót do różu. Właściwie to już od pierwszego użycia wiedziałam, że ten kolor to strzał w dziesiątkę - ten odcień różu bowiem, jako jeden z niewielu nie gryzie się moim typem urody i przy okazji idealnie wpisuje się w jesienne trendy (a przynajmniej te moje, osobiste).
Sięgając w sklepie po Moisture Renew spodziewałam się dobrej formuły, bo taka na ogół charakteryzuje pomadki Rimmel. Już sama nazwa zawiera obietnicę nawilżenia, więc w moim mniemaniu nie mogła zawieść. I nie zawiodła. Pod tym względem jest bardzo przyzwoicie, co dla mnie niezwykle istotne, w końcu szminka ma się sprawdzić zimą i jesienią. Może niekoniecznie oczekujcie, że wypielęgnuje Wam usta, ale z pewnością nie doprowadzi do ich wysuszenia.
Formuła jest niesamowicie kremowa, a pigmentacja świetna. Szminka nie zawiera żadnych drobinek i utrzymuje się na ustach całkiem długo, pod warunkiem, że nie zamierzamy jeść, czy pić. Nie oszukujmy się, po posiłku trzeba nałożyć ją ponownie. No cóż nie można mieć wszystkiego, ale standardowa trwałość akurat snu z powiek mi nie spędza.
Kolor określiłabym jako pudrowy róż z dawką jagody. Dla mnie wybór idealny, bo tego rodzaju odcienie dobrze współgrają z moją cerą. Wygląda dobrze teraz gdy jestem blada, ale myślę że z opalenizną również będzie się świetnie prezentować.
Jest coś czarującego w tej pomadce i moim zdaniem to kombinacja koloru, nazwy i zapachu. Dzięki nim mogę się a chwilę przenieść w czasy, gdy podkradałam kosmetyki mamie. Jej szminki miały charakterystyczny zapach, który rozpoznałam właśnie w Vintage Pink. Na dzień dzisiejszy jest moim ulubieńcem i niezbędnikiem. Przynajmniej do czasu znalezienia nowej szminkowej miłości.
pozdrawiam
Kinga