13.6.17

Diptyque L'Ombre Dans L'eau EDP



Na L'Ombre Dans L'eau trafiłam w momencie, gdy mój zapachowy gust przechodził małą rewolucję. Byłam akurat na etapie odkrywania perfum prostych, zielonych, i nie miałam pojęcia, że gdzieś w tym kręgu kryje się róża - do tego zupełnie inna niż wszystkie. Marka Dyptique ma w swojej ofercie całkiem sporo zapachów inspirowanych naturą, tak więc, wiedząc o niej tyle, ile wyczytałam z poleceń innych, zaopatrzyłam się w pokaźną ilość próbek i zabrałam za testy. Mój nos dość szybko trafił na L'Ombre Dans. Zakochałam się błyskawicznie, a kilka dni później flakon był u mnie.

W L'Ombre Dans L'eau główne role grają dwie, a właściwie trzy nuty. Jest więc owa róża - młoda, rozwijająca się, świeża i przestrzenna. Taka która jest w stanie nawrócić niejednego sceptyka. Obok niej zielenią się liście czarnej porzeczki, obsypane hojnie słodko-cierpkimi owocami. Połączone, tworzą przepiękną, spójną mieszankę, cudownie letnią i botaniczną, ale i bardzo kobiecą.

Mimo ostrego, zielonego otwarcia, przywodzącego na myśl świeżo zebrane, roztarte liście, serce zapachu jest bardzo zmysłowe. To właśnie ta faza trwa na skórze przez długie godziny, roztaczając na wytrawny, kwiatowo-owocowy aromat. Róża nie jest dusznym babcinym pachnidłem, nie rośnie też grzecznie w promykach słońca na ogródkowej grządce. Zaplątana w jeżynowe krzewy, dziko wyrasta w cieniu wysokich drzew, gdzieś w środku lasu. Zieleń jest tu jadowita, ciemna i chłodna, tłumi słodycz, wydobywa cierpkość, dzięki czemu zapach stanowi świetną alternatywę dla wiosenno-letnich świeżaków. 

L'Ombre Dans L'eau oznacza nic innego jak "cień na wodzie" i choć nazwa to piękna chyba w każdym języku, mnie bardzo długo nie zgrywała się kompletnie z samym zapachem. Pamiętam jak wydawał mi się idealny na jesień, niemalże ją uosabiając, ze swoim chłodem i romantyczno-nostalgicznym sznytem. Dopiero niedawno doceniłam jak wiele zyskuje wiosną i latem. Znacie to uczucie, gdy w gorący, parny dzień, wchodzicie do lasu i z każdym krokiem powietrze się zmienia? Pachnie zielenią i wilgocią, przyjemnie chłodzi skórę, pozwala oddychać. Tak właśnie odbieram L'Ombre Dans L'eau - ma w sobie cień, świeżość, wilgoć, a do tego wszystkiego jest cudownie odurzający i bardzo kobiecy. 


Uwielbiam bezgranicznie, a i moje otoczenie bardzo go docenia. To piękny i wyjątkowy zapach i gorąco namawiam byście dały mu szansę (warto spróbować wersji EDT, bo jest równie uzależniająca).




Koniecznie dajcie znać, czy znacie L'Ombre Dans L'eau. A może inne zapachy Diptyque skradły Wasze serca? 

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

8.10.16

Perfumy na jesień 2016


Jesień zadomowiła się chyba na dobre i nie wiem jak Was, ale mnie pogoda za oknem zdążyła już porządnie wymęczyć. Zimno, deszcz i szarówka nie nastrajają najlepiej, ale to właśnie w tym okresie mam największą ochotę na zapachowe testy. W końcu trzeba sobie ten najbliższy czas jak najbardziej uprzyjemnić - zawinąć się w ciepły szalik, obłożyć książkami i wrócić do utęsknionych, jesiennych perfum. Albo jeszcze lepiej, sprawić sobie coś kompletnie nowego. Nowy zapach jesienią, to zawsze dobry pomysł, a tak się składa, że mam dla Was siedem takich, które idealnie otulą, poprawią nastrój i pobudzą zmysły w najchłodniejsze dni.




Diptyque L'ombre Dans L'eau EDP

Zapach liściasty i zielony, ale dla mnie kompletnie jesienny, bo od początku do końca rozgrywający się wokół pięknie podanej róży. Jej kwiat jest świeży, młody, lekko kwaskowaty, wilgotny, jego pąki jakby skroplone rosą. W tle naręcza porzeczek wymieszane z listkami. L'Ombre Dans potrafi być nieco zdystansowany, ale jest też niezaprzeczalnie, niesamowicie kobiecy. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Thierry Mugler Alien Essence Absolute

Essence Absolute to klasyczny Alien wzbogacony wanilią i ambrą. Po prostu Alien zmiękczony i ocieplony, ale, bez obaw, to wciąż on. Słodki, zawiesisty jaśminowy ekstrakt, ciemny, ciężki i chłodny jak kamień. Nie stracił charakteru, ale towarzyszące mu nuty wanilii, białej ambry i mirry stanowią na prawdę miłe dla nosa uzupełnienie. Taki Alien w nowej sukience. 

Balmain Extatic Tiger Orchid

Najsłodszy z całej gromadki, kwiatowo-orientalny Tiger Orchid to gorąca orchidea z dodatkiem ylang-ylang i różowego pieprzu. Zapach ciepły, kobiecy i seksowny. Otulający kaszmirową miękkością, zmysłowy i elegancki. Jeden z tych, którego z pewnością docenią panowie. Polecam!

Byredo Pulp

Pulp, czyli, po prostu, owocowa pulpa. Gęsta, skondensowana miazga słodko-kwaskowatych, dojrzałych owoców - głównie figi, porzeczki i jabłka, ocieplona kremową gardenią tahitańską i pralinkami. Figa gra tu pierwsze skrzypce i zdecydowanie bliżej jej do surowej, dojrzałej figi z Womanity TM niż tej, którą znam z Philosykos, czy The Body Shop. Pulp wyróżnia się naturalnością i intensywnością, jest zupełnie niepodobny do innych owocowych zapachów oferowanych w perfumeriach.

Tom Ford Noir Pour Femme

Pięknie podana ambra. Na słodko, z nutą waniliowego likieru i kulfi. Wyraźnie czuję szafran, sandałowiec i mleczną, kremową miękkość. Pour Femme to idealny jesienny otulacz, słodki, ale w taki likierowy, wyważony sposób, z nutą wytrawności. Miękki, przytulny orient, cudownie otulający, jak ciepły jesienny szal.

Serge Lutens Datura Noir

Nie przepadam za tuberozą, zwłaszcza w towarzystwie innych białych kwiatów, ale Datura Noir to kompletnie inna historia. Tuberoza dopieszczona i wygładzona migdałami i mlekiem kokosowym, z dodatkiem wanilii i fasolki tonka. Pachnie troszkę jak budyń waniliowy, ale w tle majaczy fioletowo-pudrowy heliotrop. Tuberoza jest tam od początku do końca, trochę zdystansowana, niby przykryta innymi aromatami, ale jest. Datura Noir co prawda, który kojarzy mi się z letnimi wieczorami, gdzieś w egzotycznych krajach, ale najchętniej nosiłabym go jesienią i zimą. 

Fridge by Yde Between Words

Właściwie to zapachy Fridge zasługują na osobny wpis (dajcie znać jeśli takowy Was interesuje!). W skrócie napiszę tylko, że to rewolucyjna polska marka, produkująca kosmetyki naturalne z najświeższych składników, bezpośrednio na zamówienie klienta. Oferta perfum jest równie wyjątkowa, wytwarzane są z najwyższej jakości esencji kwiatowych, a ich zapachy są zupełnie inne od wszystkiego co znacie. Between Words to esencjonalny, słodki jaśmin, w towarzystwie soczystych mandarynek, pieprzu, białego lotosu i drzewa cedrowego. Mocny, zmysłowy, stworzony wprost dla szykownych ciepłych płaszczów i szali. Bardzo przypadł mi do gustu, ale polecam zapoznać się z całą ofertą Fridge, bo każdy z oferowanych zapachów jest na swój sposób wyjątkowy i wart poznania.

Znacie te zapachy? Koniecznie podzielcie się Waszymi typami na jesień! 

pozdrawiam

Kinga
SHARE:

29.8.16

Perfumy celebrytów - tak czy nie?


Wpis o najlepszych perfumach gwiazd zalegał w kopiach roboczych bloga od ponad roku. Od czasu do czasu dostaję od Was pytania o to, które zapachy celebryckie polecam i na prawdę chciałam takowy post w końcu napisać - sumiennie i szczerze, skupiając się na perfumach dostępnych w na drogeryjnych półkach. Bardzo lubię tego typu zestawienia i na ogół tworzenie ich nie przysparza mi większych problemów, więc i w tym przypadku miało pójść łatwo i przyjemnie. Tyle że za każdym razem, gdy zabierałam się do rzeczy, okazywało się, że zupełnie nie wiem jak ten temat ugryźć. Pozwólcie, że wyjaśnię dlaczego. 



Na  biurku, obok komputera, mam specjalną miseczkę, w której trzymam próbki do testów. Zasada jest taka, że wybieram sobie kilkanaście, do kilkudziesięciu egzemplarzy i w ciągu dnia testuję pojedyncze zapachy. Jeśli jestem na nie, odkładam do reszty próbek. Jeśli uznam, że coś się nadaje, wraca do miski. I tak zazwyczaj zawężam wybór do 5-10. Taki system zawsze świetnie się u mnie sprawdzał. Owszem, był czasochłonny, ale w przypadku tego typu wpisów-zestawień nigdy nie miałam zwyczaju się spieszyć. Tworzę je kilka razy w roku i na ogół lubię gdy wszystko jest dopieszczone i dopięte na ostatni guzik. Tak miało być i tym razem. I wiecie jak się skończyło? Miska została praktycznie pusta. Kilka próbek odłożyłam na bok, bo miałam co do nich mieszane uczucia, ale zdecydowaną większość od razu spisałam na straty.

Jeszcze pół roku temu znalezienie fajnych zapachów w grupie perfum gwiazd byłoby dla mnie nieco łatwiejsze. Dwa lata temu, pewnie byłabym skłonna kupić flakon lub dwa. Ba! Kilka lat temu miałam na swojej półce Britney Spears Fantasy, a gdzieś w mojej szufladzie wciąż zalega stary flakon Celine Dion. Rzecz w tym, ze z roku na rok, z sezonu na sezon nasze drogi rozjeżdżają się coraz bardziej. Obecnie jakieś 95% perfum celebryckich to po prostu nie moja bajka. Może jestem za stara i robię się kapryśna, a może znajduję się w takim momencie mojej perfumowej przygody, gdzie po prostu się z nimi nie dogaduję. Praktycznie wszystkie wydają mi się od dwa tony za słodkie i za bardzo do siebie podobne. Zupełnie jakby termin "perfumy celebryckie" stanowił jakąś osobną grupę olfaktoryczną w obrębie której dozwolona jest ograniczona ilość kombinacji i składników. Może trochę generalizuję ... ale wybierzcie się do pierwszego lepszego Rossmana, powąchajcie pięć przypadkowych, a przyznacie mi rację. Właśnie zrobiłam podobny eksperyment z zawartością mojej miski i pokryło się w przypadku czterech z pięciu (ale zbiorek jest już znacznie przebrany). 

Może kiedyś mi się odmieni i znów nabiorę ochotę na te wszystkie budynie i słodkości, ale na chwilę obecną nie jestem w stanie stworzyć żadnego subiektywnego rankingu tego typu. Czy uważam, że wszystko co sygnowane jest przez celebrytów jest złe? Nie, absolutnie nie. Nawet wśród tych nieskomplikowanych cukierków z pewnością są zapachy udane i takie, które sprzedają się świetnie. I wiecie co? Słusznie, bo jakościowo wcale nie odstają od wielu kolegów z wyższej półki cenowej. Jest co najmniej kilkanaście takich, które mogę polecić do przetestowania osobom, które lubią słodkości i wiem, że się spodobają. I w końcu, jestem w stanie wyodrębnić co najmniej kilka egzemplarzy, które wybijają się na tle innych, są oryginalniejsze, ciekawsze i zupełnie "niecelebryckie". Tych ostatnich jest jednak niewiele i na ogół zamykają się w obrębie kilku nazwisk. Czyich? No właśnie, o tym zaraz.


Myślę, że do powyżej wspomnianej grupy, spokojnie mogłabym zaliczyć zapachy Davida i Victorii Beckhamów - Intimately Yours to na prawdę przyzwoite perfumy. Nie sposób nie wspomnieć o Original Anji Rubik, czy Truth od Dare Madonny. To po prostu charakterne, całkiem ambitne zapachy, wychodzące daleko poza celebrycką ramkę.

Lubię też zapachy Jessici Simpson. Fancy są co prawda totalnym słodziakiem, ale wybaczam im ze względu na to, że jest to słodycz bardzo apetyczna i szarlotkowa. Wybaczam jeszcze bardziej ze względu na Fancy Nights, do których mam wyjątkową słabość. Paczula, kakao, wanilia i bursztyn - pachnie dobrze i zupełnie inaczej od całej reszty.

Nie mogłabym nie wspomnieć o Sarah Jessica Parker. Lovely jest co prawda praktycznie kopią Narciso Rodriquez For Her, ale gdy ostatnio zobaczyłam ten zapach na promocji w Rossmanie, dwa dni biłam się z myślami, czy nie skorzystać. Covet to dla mnie kompletne zaskoczenie - cytryna, lawenda i czekolada w całkiem ciekawym wydaniu i w końcu Twilight - na prawdę ładny ambrowiec.

I właściwie to by było na tyle.



A co z najlepiej sprzedającymi się zapachami takich gwiazd jak Britney Spears, Rihanna, czy Beyonce? Obiektywnie rzecz biorąc to całkiem udane, ładne zapachy. Co z tego, skoro ja ich zwyczajnie nie lubię. Wiem, że wielu z Was mogą się spodobać, więc próbowałam, ale po ostatnich testach, zupełnie nie jestem w stanie żadnego polecić.

No więc, dlaczego nie będzie rankingu zapachów celebryckich? Z tego samego względu z którego nie potrafiłabym polecić Wam 10 tegorocznych mainstreamowych nowości - zwyczajnie, sama bym ich nie kupiła. Gdy planowałam ten wpis, myślałam, że będzie co najmniej ciekawie, przetestowałam na prawdę sporo i niestety poległam. Zdecydowana większość rynku zapachów celebryckich jest dla mnie wtórna, mdła i męcząca, a wyjątków jest za mało by wystarczyły na osobny wpis (żeby nie było, ten sam zarzut mogłabym skierować w stronę większości premier tego i ubiegłego roku).

Tekst napisałam pod wpływem impulsu, ale bardzo jestem ciekawa Waszego zdania w tym temacie. Co sądzicie o perfumach celebrytów? Macie swoje ulubione?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

6.8.16

Hermes Un Jardin Sur Le Nil


Nad Nilem, w pobliżu Asuanu, istnieją wyspy-ogrody, przepełnione egzotyczną roślinnością i kwiatami. Najpopularniejsza z nich, wyspa Kitchenera, praktycznie w całości stanowi ogród botaniczny. W roku 1896 wyspa ta została podarowana brytyjskiemu konsulowi generalnemu, lordowi Kitchenerowi, w ramach podzięki za zasługi w czasie Kampanii Saudyjskiej. To właśnie on kazał wypełnić ją egzotycznymi odmianami drzew i roślin i przekształcił w ogromną oazę zieleni. Obecnie wyspa dostępna jest dla turystów i lokalnych mieszkańców, można tam dopłynąć łodziami i spędzić dzień, do woli spacerując wśród tropikalnej roślinności.

Un Jardin Sur Le Nil ma być właśnie takim zmysłowym spacerem po wyspach-ogrodach w Asuanie. Nigdy nie byłam nad Nilem, nie wiem więc czy zapach, który przedstawia Jean-Claude Ellena faktycznie odzwierciedla tę egzotyczną bujność. Wiem natomiast, że bardzo lubię perfumy Hermesa, a już latem kocham je absolutnie. Proste, zwiewne wody kolońskie, słoneczne wody cudów i, chyba najbardziej znane, zielono-owocowe ogródki Hermesa. Uwielbiam wszystkie ogródkowe odsłony i możecie być pewni, że każda z nich w końcu wpadnie w moje ręce. Póki co, zabiorę Was w moją własna podróż po ogrodzie nilowym.



Un Jardin Sur Le Nil, czyli ogród na Nilu, powstał jako drugi z serii pięciu hermesowskich ogródków. To zapach bardzo naturalny, botaniczny, świeży, soczyście zielony. Nie wiem czy za sprawą nazwy, historii, czy samej kompozycji za każdym razem, gdy go noszę, wyobrażam sobie taką oto sytuację. Jest upalny dzień, gdzieś nad brzegiem rzeki. W powietrzu czuć pozostałości burzy. W oddali rechoczą żaby, poza tym, panuje cisza i spokój. Od czasu do czasu gdzieś elegancko, bezgłośnie przeszybuje ważka. Powietrze jest czyste, pachnie sitowiem, zielonymi zanurzonymi w wodzie łodygami traw.

Zieleń w tym zapachu jest wyjątkowa. Tętni życiem i wibruje na skórze, zmieszana z cierpkim, kwaskowatym grejpfrutem. Wraz z nim pojawia się mango. Jego miąższ, pozbawiony słodyczy, za to bardzo soczysty, niesie ze sobą wodny chłód, który niemalże czuć na skórze. Dlatego w upalne dni Un Jardin Sur Le Nil nosi się tak dobrze. Ten zapach orzeźwia, chłodzi i energetyzuje jak mało który, a jednocześnie jest bardzo kameralny. Jeśli spodziewacie się przepychu, eksplozji egzotycznych roślin i kwiatów, tu ich nie znajdziecie. Kwiaty są, owszem. Majaczą gdzieś w tle, ale dla mnie pozostają anonimowe i mało istotne. Ogród Nilowy jest dziki, bliski naturze, przynosi spokój i ukojenie. Ostatnimi czasy noszę go nałogowo i ani trochę mnie nie zmęczył, nie znudził się. Jeśli jeszcze go nie znacie, polecam pobiec do perfumerii i nadrobić tę znajomość, bo to piękna kompozycja, choć zdecydowanie nie dla wszystkich.

Nuty głowy: marchew, zielone mango, grejpfrut, pomidor
Nuty serca: pomarańcza, lotos, hiacynt, sitowie, piwonia
Nuty bazy: labdanum, kadzidło, cynamon, piżmo, irys

Znacie Un Jardin Sur Le Nil? Bardzo ciekawa co sądzicie o pozostałych ogrodach Hermesa, macie swoje ulubione?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

16.6.16

6 zapachów na lato 2016


Odkąd przekonałam się do zapachów świeżych i lekkich, z każdym kolejnym podejściem doceniam je coraz mocniej. Pewnie gdybym miała wybrać perfumową piątkę wszechczasów, w dalszym ciągu znalazłyby się w niej głównie egzemplarze ciężkie i otulające, ale w przeciągu ostatnich miesięcy, w kwestii mojego podejścia do 'świeżaków' poczyniłam spory postęp. Najzwyczajniej w świecie, w końcu je polubiłam.

Zapachy które wybrałam do dzisiejszego wpisu to kwintesencja beztroski, przyjemności, lekkości i wszystkiego tego co utożsamiam z latem. Mnóstwo tu więc cytrusów, zieleni i soczystych owoców. Jest rześko, trochę słodko i bardzo naturalnie.

1. Guerlain Aqua Allegoria Mandarine Basilic - na mandarynkę od Guerlain warto się skusić - pachnie radośnie, lekko, świeżo i zupełnie niepoważnie. Jak słodki koktajl z dojrzałych mandarynek, doprawiony gorzkawą skórką, kilkoma listkami bazylii i sporą dawką endorfin. Prosty, cudownie beztroski i słoneczny. 

2. Hermes un Jardin sur Le Nil - ogródek Nilowy czaruje zapachem traw, sitowia i zupełnie niesłodkim, wilgotnym miąższem mango, dzięki któremu niemalże czuć na skórze niesiony znad rzeki chłód. Wszechobecna zieloność, połączona z cierpkimi cytrusowymi nutami i całkiem swojską świeżością liści pomidora, zamyka się wokół mnie jak bańka, tworząc obraz leniwego, tętniącego życiem ogrodu - dziwnie znajomego i wcale nie tak egzotycznego jak się spodziewałam.

3. Bvlgari Jasmin Noir Mon L'eau Exquise - właściwie to taka prostsza, ugładzona wersja ogródka Nilowego. Grejpfrutową cierpkość zastąpiono cytrusową słodyczą pomelo, soczystą zieloność, świeżością liści herbaty. Hermes jest bardzo naturalny, co nie każdemu będzie odpowiadać, więc jako alternatywę warto wypróbować właśnie Jasmin Noir Mon L'eau Exquise. To śliczny herbaciano-cytrusowy zapach - świeży i rześki, idealny na najbardziej upalne dni.

4. Diptyque Philosykos EDT - w życiu bym nie przypuszczała, że z mariażu kokosa z figą może wyjść coś tak cudownego. Philosyjkos to figa, zielone figowe listki, połączone z cudownym, bardzo naturalnym aromatem kokosa. Za jego sprawą zapach jest słodki, ale wciąż na tyle świeży i soczysty, by sprawdzić się latem - jako perfumy na wieczór na przykład. 

5. Versace Versense - drogeryjna perełka nie tylko dla wielbicielek cytrusów. Choć pewnie dla nich w szczególności. Versense są subtelne i eleganckie. Przeważają cierpkie, zielone cytrusy doprawione szczyptą kardamonu i zrównoważone lekką kwiatowo-owocową słodyczą. To taki wzorowy przykład wiosenno-letniego zapachu do pracy i na oficjalne okazje - na każdym pachnie pięknie, jest lekki, kobiecy i bardzo trwały. Kilka lat temu, właśnie dzięki Versense przełamałam niechęć do świeżych zapachów i za to uwielbiam go po dzień dzisiejszy.

6. Guerlain Aqua Allegoria Limon Verde - na temat serii Acqua Allegoria nie da się pisać poematów. To zapachy nieskomplikowane z założenia, takie wiosenno-letnie, czyste przyjemności zamknięte w uroczych flakonach. W Limon Verde mamy w stu procentach naturalną limonkę, świeżo zieloną i energetyzującą, otoczoną soczystymi liśćmi i delikatnie wyczuwalnym figowym miąższem. Pachnie na prawdę fajnie, przyjemnie i rześko. Bez olfaktorycznych symfonii, zupełnie zresztą niepasujących do letnich upałów.


Znacie. lubicie którąś z moich propozycji? Koniecznie podzielcie się swoimi typami. Jakie zapachy Wy kochacie latem? 

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

7.4.16

Dolce & Gabbana L'Imperatrice 3


Jeśli czytałyście wpis o wiosennych zapachach, zapewne wiecie, że od jakiegoś czasu po głowie chodziła mi własnie L'Imperatrice. Pisząc tamten post, już wiedziałam, że to ona trafi do mnie jako pierwsza. Ochota na nią rosła wprost proporcjonalnie z moją tęsknotą za wiosną i teraz, kiedy w końcu mam swoje 100 ml, trudno mi uwierzyć, że kiedyś po prostu jej nie lubiłam.

Zabawne jak gust zapachowy potrafi zmienić się z biegiem czasu. Bardzo długo wszędobylskość Cesarzowej przytłaczała mnie i irytowała. Polecały ją Panie w perfumerii, pojawiała się na blogach, czuć ją było wszędzie. Była ulubienicą tłumów, wiosennym zapachem-pewniakiem. Na randkę, do pracy, na spacer. Mimo tego wszystkiego, zupełnie nie mogłam, i chyba też niespecjalnie chciałam, się z nią dogadać. W moim odczuciu zapachy nie oferujące nic więcej poza słodko-świeżą, owocową mieszanką, nie były warte uwagi. I tak, podczas gdy większość osób, od prostych, dziewczęcych kompozycji, stopniowo dojrzewa do cięższych zapachów, ja zrobiłam zupełnie odwrotnie. W pewnym momencie zaczęłam odczuwać znużenie ciężkimi, orientalnymi perfumami i w końcu dorosłam do polubienia zapachów takich jak L'Imperatrice.


Nuty głowy: różowy pieprz, kiwi, rabarbar
Nuty serca: jaśmin, cyklamen, arbuz
Nuty bazy: piżmo, drzewo sandałowe, drzewo cytrynowe

A więc co w niej takiego fajnego? Cóż, Cesarzowa jest słodka, świeża, apetyczna. Mimo prostej mieszanki, głównie arbuza - z kiwi, rabarbarem, odrobiną cyklamenu i cytrusów, powstały perfumy na prawdę nad wyraz udane. Ładne, ale nie nudne. Dziewczęce, lekkie, niezobowiązujące, ale zapadające w pamięć.

Centrum kompozycji stanowi arbuz. Przeplata się z innymi nutami, ale gra pierwsze skrzypce praktycznie od początku do końca. Najpierw jest słodziutki, a sam zapach kojarzy mi się z różowiutką, owocową gumą balonową. Po kilku chwilach, zamienia się soczysty, orzeźwiający, arbuzowy miąższ w duecie z kwaśno-zielonkawymi kiwi i rabarbarem. Bardziej stawiam na rabarbar, choć momentami do końca nie jestem w stanie rozróżnić czy to jeszcze on, czy już kiwi. Z czasem, gdzieś pomiędzy owocami lekką, różową słodycz zaczyna roztaczać cyklamen, w tle majaczą cytrusy, kiwi ponownie walczy o swoje miejsce obok arbuza. Bo ostatecznie i tak wszystko kręci się w okół niego.

I to niby tyle, choć L'Imperatrice lubi płatać figle. Często mam wrażenie, że pachnie wręcz brzoskwiniowo, innym razem ni stąd ni zowąd na skórze wyłania się słodziutka gruszka. Taka już z niej flirciara. Wszystko pięknie się razem komponuje, tworząc beztroską, a jednak uzależniającą mgiełkę. Prawdę mówiąc, nie znam drugiego takiego zapachu, który byłby praktycznie w stu procentach owocowy, a w ogóle mnie nie męczył/nie drażnił/nie nudził. Pewnie dlatego tak dobrze mi się Cesarzową nosi i tak cieszy mnie fakt, że w końcu jej uległam. 



L'Imperatrice tak mi się spodobała, że od momentu zakupu (jakieś dwa tygodnie temu), noszę ją nieustannie. Bardzo jestem ciekawa czy ją macie i co o niej myślicie. Koniecznie dajcie znać!

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

24.3.16

9 zapachów na wiosnę 2016


Ileż ja się naczekałam na tę wiosnę. Przez ten czas moja lista zapachowych chciejstw urosła do rozmiarów małej perfumerii. Jest na niej wszystko to czego tak mi brakowało - dużo natury, soczystej zieleni, upojnych kwiatów, trochę owoców, odrobina słodyczy, świeżość, lekkość, wiosenne powietrze, deszcz, las i budząca się do życia przyroda. Początkowo chciałam ten wpis podzielić na dwie części, ale ostatecznie ograniczyłam się do dziewięciu zapachów. Żadnego z nich nie ma w mojej kolekcji, ale chętnie odhaczyłabym chociaż dwa. Albo najlepiej wszystkie.

Kolejność przypadkowa :)

1. D&G 3 L'Imperatrice - najpopularniejsza z całej Antologii D&G, Cesarzowa rzeczywiście ma w sobie to coś. Jest lekka, słodka, apetyczna. Praktycznie w stu procentach owocowa, co na ogól całkowicie mnie odrzuca, ale jak widać, od reguły są wyjątki. L'imperatrice to orzeźwiający, soczysty arbuz, doprawiony kwaskowatością kiwi i rabarbaru. Niekiedy z tego trio wyłania się gruszka, innym razem, wypisz wymaluj, brzoskwinia. Tworzy się z tego taka cudownie optymistyczna różowa mgiełka, ładnie skomponowana, urocza i dziewczęca.

2. D&G 14 La Temperance - pierwsze wrażenie to delicje. Kandyzowana pomarańcza, oblana cieniutką warstwą ciemnej czekolady. Tymczasem w spisie nut ani pomarańczy, ani czekolady nie uświadczymy. Składniki odpowiedzialne za początkowe wrażenie, wyklarowują się po chwil -. zwiewny, pudrowy irys, ambra, przyprawy, odrobina róży. Może brzmieć ciężkawo, a jest wręcz przeciwnie. Przytulnie, subtelnie i przyjemnie. Za każdym razem gdy wącham nadgarstek, mam ochotę pobiec do sklepu i kupić. 

3. Hermes un Jardin Sur Le Toit - lubię ogródki Hermesa za ich naturalność i unikalność. Czuć w nich wspólny mianownik, ale każdy ma w sobie coś co potrafi urzec w szczególny sposób. Un Jardin Sur le Toit oddaje zapach ogrodu na dachu siedziby Hermesa w Paryżu. Mamy tu soczyste jabłko i subtelną różę, a wszystko to skąpane w zieleni traw. Ten duet różano-jabłkowy wybrzmiewa nad wyraz zgrabnie, a towarzysząca mu trawiasta zieleń dodaje świeżości i równoważy słodycz. Na wiosnę idealnie, kobieco i lekko. 

4. Hermes un Jardin Apres La Mousson - najbardziej botaniczny ze wszystkich ogródków i mam wrażenie, że budzący najbardziej skrajne opinie. Podczas gdy składzie mamy takie nuty jak imbir, kardamon, pieprz i kolendra, na mojej skórze imbir przeobraża się w limonkę, zapach eksploduje wilgotną zielenią, a po chwili, nie wiadomo skąd, na wierzch wychodzi słodka, soczysta melonowa nuta, zaostrzona lekko przyprawami. Ogród monsunowy jest taki jak być powinien, parny, gęsty, żyjący zielenią. Inspirowany Keralą w Indiach, gdzie natura w piękny sposób odradza się po porze monsunowej. Potrafi zaczarować, ale to zdecydowanie jeden z tych, których lepiej nie kupować w ciemno.

5. Lalique Amethyst - zapach niespodzianka. Cudownie apetyczny i soczysty, pachnie jak owoce leśne zerwane prosto z krzaczka. Mamy tu jeżyny, jagody, czarne porzeczki. Przede wszystkim porzeczki. Jest słodko-kwaskowato, świeżo, zupełnie jakbym właśnie zboczyła z leśnej ścieżki i wdepnęła prosto w owocową gęstwinę, rozgniatając owoce, łamiąc gałązki, deptając liście. Cudownie przyjemny, lekki, czarujący a do tego zadziwiająco trwały zapach.

6. Elie Saab Le Parfum - dwa lata dorastałam do tych perfum. Pojawiły się kiedyś w tym wpisie, ale zarzekałam się wtedy, że nosić nie będę. Początek to krzew jaśminowca w pełnym rozkwicie. Mnóstwo małych, niesamowicie wonnych kwiatuszków, dźwięcznie uwalniających swój charakterystyczny aromat. Kwiatuszki osłodzone zostały miodem, akompaniuje im kwiat pomarańczy i róża. Le Parfum to zapach inny od pozostałych z tej listy, o wiele bardziej wieczorowy i elegancki, a tym samym, czysty i zmysłowy. Zawsze kojarzył się z domem rodzinnym i krzewami jaśminowca za oknem, teraz dostrzegam w nim o wiele więcej. Piękny zapach.

7. Guerlain La Petite Robe Noire Eau Fraiche - pistacje Proszę Państwa! Spośród wszystkich nudnych flankerów małej czarnej, moją uwagę przyciągnął jeden jedyny zielony flakon. Uwielbiam zapach pistacji, a Eau Fraiche prezentuje je bardzo ładnie. Szczególnie w otwarciu, w duecie z migdałem i lekkimi kwiatami w tle. W miarę jak zapach się rozwija, pistacje niestety trochę się rozmywają, ustępują miejsca kwiatu pomarańczy, róży i czereśni, powoli wkrada się coraz więcej klasycznej LPRN. Trochę szkoda, ale wciąż, gdybym miała sięgnąć po jakąkolwiek z wersji, byłaby to właśnie ta.

8. Guerlain Aqua Allegoria Tiare Mimosa - w ślicznym flakonie z charakterystyczną pszczółką zamknięto zapach lekki i świetlisty jak wiosenno-letni poranek. Pierwsze skrzypce gra słoneczna, radosna mimoza, a towarzyszy jej świeżość cytryny. W tle lekka egzotyczna gardenia tahitańska wygładza musujący duet. I właściwie to by było na tyle, niczego więcej nie wyczuwam. Ale pachnie wspaniale, zapewniam.

9. Guerlain Aqua Allegoria Pamplelune - kandydatów z linii Aqua Allegoria było do tego wpisu jeszcze kilku, ale ostatecznie wygrała Pamplelune. Mamy tu cierpkie, soczyste grejpfruty w towarzystwie bergamotki, neroli i liści czarnej porzeczki (które dla mnie pachną bardzo podobnie do liści mięty). Grejpfrutowy sok towarzyszy zapachowi od początku do końca, choć jego gorycz z czasem lekko się osładza. Lubię to cytrusowo-zielone połączenie, Pamplelune jako wiosnenno-letni orzeźwiacz pasują mi idealnie.

Bardzo jestem ciekawa Waszych typów. Może są w nich któreś z moich propozycji? 

pozdrawiam serdecznie
Kinga
SHARE:

23.2.16

Co nowego w perfumerii / Dior, Calvin Klein, Roberto Cavalli



Uwielbiam poznawać nowe zapachy. Poszukiwania, przebieranie w próbkach i odkrywanie rajcuje mnie chyba nawet bardziej od kupowania flakonów. Rzecz w tym, że od dłuższego czasu to odkrywanie równa się u mnie z grzebaniem w klasyce i wyciąganiem pachnideł trochę już zapomnianych. Po prostu coraz bardziej nie po drodze mi z obecnymi trendami. W mojej kolekcji na palcach jednej reki mogę wyliczyć perfumy nowe (mam dokładnie dwa flakony i oba to prezenty) i złapałam się na tym, że wszelkim mainstreamowym nowinkom przyglądam się pobieżnie, z góry zakładając, że są nie dla mnie. Daleka jestem od oceniania, czy to dobrze, czy źle. Po prostu mam wrażenie, że przez moją ignorancję jednak coś mnie omija. Jaka by ta klasyka cudowna nie była, w pewnym momencie, zamiast rozwijać, zaczęła mnie ograniczać - zamykać na istotną część perfumowego świata.

W związku z tym jednym z moich noworocznych postanowień, było wprowadzenie odrobiny równowagi i poświęcenie większej uwagi temu co dzieje się w świecie perfum obecnie. Zacznę od kilku tegorocznych premier.


Dior Poison Girl

Po sukcesach Black Opium, La Vie Est Belle, małej czarnej od Guerlain, wypuszczenie własnego bestsellera przez Dior było kwestią czasu. Poison Girl ma być uwspółcześnioną, reprezentantką słynnej serii. Taką trucizną w dziewczęcym wydaniu, odkurzoną i dopasowaną do obecnych trendów. Jej pojawienie się wywołało niemałe wzburzenie, bo w końcu nie każdy przygotowany był na różową landrynkę z etykietką Poison.

Od początku przypuszczałam, że Girl nie będzie miała lekko, bo porównań z pozostałymi truciznami nie wygra nigdy. Z drugiej strony stworzona została by podbić współczesny rynek i przypodobać się młodemu pokoleniu. Czy się jej uda? Myślę że tak, bo jeśli rozpatrywać go w oderwaniu od pozostałych trucizn, ten zapach na prawdę nie jest zły. To taka młodzieżowa wersja Hypnotic Poison, z dużą ilością cukru. Pachnie przyjemnie, choć nie spodziewałam się, że będzie aż tak znajomo. Po landrynkowym otwarciu, wyłania się wanilia i migdały doprawione tonką - zdecydowanie zalatuje flankerem HP, tyle że w bardzo słodkim wydaniu. Całe szczęście kompozycji oszczędzono ulepnych owoców, dzięki czemu, jak dla mnie, jest całkiem strawna.

Miłośników klasycznych trucizn Poison Girl będzie zapewne irytować. Będzie grać na nosie, niczym rozpuszczona dziewczynka pchająca się przed szereg, do którego w ogóle nie powinna należeć. I o ile sama myślę podobnie, obiektywnie rzecz biorąc, wcale nie jest tak źle. Z resztą, powiedzmy sobie szczerze, Dior ma o wiele większe grzechy na swoim koncie. 

nuta głowy: gorzka pomarańcza
nuta serca: róża damasceńska i róża z grasse
nuta bazy: fasolka tonka, drzewo sandałowe, wanilia, migdał i balsam tolu




Calvin Klein CK2

Nowość Calvina Kleina warta jest wspomnienia chociażby ze względu na ciekawą koncepcję towarzyszącą jej powstaniu. CK2, który ma być następcą uniseksowego CK One, reklamowany jest jako "gender-free" - zapach, który nie jest przypisany do żadnej płci, nie ograniczają go żadne bariery. Szkoda, że w rzeczywistości CK2 nie jest tak intrygujący jak by się wydawało. To perfumy z kategorii wodno-kwiatowej i rzeczywiście są czyste, przyozdobione delikatnymi kwiatami, ale do tego zrównoważone zielenią i ostrą nutą wetywerii. Czuć w nich pewną metaliczność, coś zdaje się lekko gryźć podniebienie - chyba wasabi. Ten dodatek pikanterii i nut zielonych nawet mi się podoba, szkoda tylko, że jest taki niezdecydowany i ostatecznie szybko znika. Zostaje subtelny, całkiem ładny, choć trochę bezosobowy zapach, który być może przypadnie do gustu wielbicielkom perfum typu Pure DKNY.

nuta głowy: wasabi, mandarynka, liść fiołka
nuta serca: otoczak, korzeń irysa, róża
nuta bazy: wetyweria, drzewo sandałowe, kadzidło





Roberto Cavalli Paradiso Azzurro

Azurro to coś pomiędzy klasycznym Paradiso, a Cavalli Acqua (nawet flakon jest sprytnym połączeniem tych dwóch). Kwiatowo-wodna kompozycja, w której pierwszą rolę gra świeży, słodki jaśmin. Towarzyszy mu lawenda i cyprys, przez co całość nabiera unisexowego charakteru. Jest lekko, wakacyjnie, egzotycznie nawet, bo gdzieś w tle zaczynają majaczyć cytrusy. Z czasem wodna słodycz przeobraża się w lekką morską bryzę i wtedy, niestety to moje myśli uporczywie zaczynają wędrować w rejony świeżo wyczyszczonej toalety. To zdecydowanie nie moja bajka.

nuta głowy: bergamotka, cytrusy, lawenda
nuta serca: dziki jaśmin
nuta bazy: cyprys, drzewo kaszmirowe



Co sądzicie o Poison Girl? Znacie pozostałe zapachy? Dajcie znać czy jakieś nowości zwróciły ostatnio Waszą uwagę.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

9.2.16

Lolita Lempicka L Fleur de Corail


Fleur de Corail, to kolejny skarb z dna morza w interpretacji Lolity Lempickiej (a właściwie Maurice'a Roucela, który jest twórcą zarówno L, jak i Coral Flower). Pamiętam, że FdC dostałam w śmiesznie niskiej cenie w okolicznym Rossmanie - to był zakup w ciemno, ale  po prostu nie mogłam sobie odmówić kolejnego turkusowego serduszka w mojej kolekcji.


Nuty głowy: grejpfrut, bergamotka
Nuty serca: orchidea, plumeria (frangipani)
Nuty bazy: ambra, piżmo, drewno z morza

Podobieństwo do L de Lolita da się zauważyć w otwarciu - dominują apetyczne cytrusy i podszyta wanilią słodycz. W nowej wersji szybko jednak dołącza ambra i już po kilku minutach oba zapachy mocno się rozbiegają. Zupełnie jakby twórca chciał zaznaczyć, że Fleur de Corail jest siostrą L, ale całkiem inną, bardziej przewrotną i nieobliczalną. W Coral Flower kontrolę przejmują egzotyczne kwiaty - kremowe frangipani i ciepła orchidea. Wciąż towarzyszy im pudrowa ambra i coś na kształt przydymionej skóry. Skąd ta skóra? Nie mam pojęcia, w spisie nut jej nie ma, podobnie jak wspomnianej wcześniej wanilii. Wrażenie pojawia się jednak za każdym razem, a wraz z nim przychodzi wspomnienie palącego nadmorskiego słońca i ciała smaganego słonym wiatrem. Przypomina o sobie, przebija się od czasu do czasu się przez ambrowo-kwiatowo-bergamotkową mieszankę, cichnąc stopniowo, aż w końcu na skórze zostaje niemalże wyłącznie piękna piżmowa baza.



Flakon Fleur de Corail aż się prosi o chwilę uwagi. Z resztą seria L należy zdecydowanie do najpiękniejszych, najbardziej cieszących oko wytworów Lempickiej. Ten przypomina oszlifowany przez sól morską kamień z dna morza, na którym "zakotwiczył się" kawałek koralowca i biały kwiat (stawiam, że to frangipani). I o ile w L nie czułam tej morskości wcale, wąchając Fleur nie mam większych problemów z wyobrażeniem sobie turkusowych fal, złotej plaży usianej bursztynami, muszelkami, drobinkami koralowca i wyrzuconymi przez fale kawałkami drewna. Z resztą, pewnie ze względu na tę egzotykę, najchętniej po Coral Flower sięgam własnie latem. Słońce i ciepło zdają się wydobywać z niej to co najpiękniejsze - kwiaty rozkwitają, pojawia się lekka słonawość, coś się pieni, coś kotłuje, uwalniając stopniowo moc zapachu (a trzeba zaznaczyć, że ten, choć nie ma niewiarygodnej projekcji, trzyma się skóry bardzo długo).

Fajna jest ta wersja, ma swój charakter, jest nietuzinkowa, ale ma w sobie pewną harmonię. Nie kocham jej tak jak L, ale pisząc te słowa, spoglądam na prawie pusty flakon i nabieram ochoty na kolejny.

Znacie Fleur de Corail? Macie swoje ulubione zapachy Lempickiej?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

16.1.16

Ulubione zapachy roku 2015


Po pielęgnacji przyszła pora na zapachy. Wybrałam te najlepsze, najpiękniejsze, po które przez minione dwanaście miesięcy sięgałam najczęściej i do których wzdychałam najgłośniej. Oto moja TOP szóstka.

Początek roku należał do Estee Lauder Sensuous. Pamiętam że kupiłam go na styczniowych wyprzedażach i był ze mną praktycznie do pierwszych dni wiosny. Miodowo, drzewny, słodko-ostry, rozgrzewający, był i jest idealnym kompanem na zimowe wieczory. Jeśli lubicie trochę mocniejsze, aromatyczne zapachy Sensuous to coś dla Was.

Wraz z nadejściem pierwszych ciepłych dni, w końcu udało mi się nabyć jedno z moich największych zapachowych chciejstw. Na temat Love, Chloe napisałam wszystko co było do napisania w recenzji. Cudownie kwiatowo-pudrowy, elegancki, przepiękny. Love ma w sobie luksus i klasę jest nietuzinkowy, nieco retro i przy tym wszystkim nosi się cudownie. Moim zdaniem najlepszy zapach Chloe, choć niestety, niedawno wycofany.

Lipiec i sierpień po raz kolejny należał do Versace Versense. Generalnie trzymam się z daleka od większości świeżaków, ale ten jest jednym z niewielu wyjątków. Mogłabym się nim zlewać od stóp do głów przez całe lato, bo ma w sobie wszystko czego potrzeba w najgorętsze dni - orzeźwiającą zieleń, cierpkość cytrusów, kropelkę elegancji, do tego jest trwały, lekko ogoniasty i bardzo, bardzo komplementogenny. Swoją drogą, recenzja Versense była moim pierwszym wpisem na blogu.

Jesienią był Alien Thierrego Muglera, bo Alien to po prostu jesień - słodki, zawiesisty jaśminowy eliksir, mroczny, wilgotny i chłodny. Super elegancki, zmysłowy, narkotyczny i charakterny. Skok na głęboką wodę za którym zawsze tęsknię i którego potrzebuję gdzieś w okolicach września, gdy wraca ochota na cięższe zapachy. Więcej na jego temat znajdziecie tu.

Dwa ostatnie, to moje najnowsze nabytki. Oba waniliowe, ale jakże inne od siebie. L de Lolita Lolity Lempickiej to coś dla lubiących łakocie. Apetyczne, cieplutkie cynamonowo-waniliowe, słodko-słone cudo, o którym pisałam już tyle, że każde kolejne zdanie byłoby nadużyciem. W razie czego macie do dyspozycji niedawną recenzję.

Dior Addict (2014) to z kolei najnowsza reformulacja uwielbianego przeze mnie klasyka. Zaskakująco dobrze ją przyjęłam i noszę z przyjemnością. Addict jest mieszanką kwiatu pomarańczy, jaśminu i wanilii. Śliczną, przystępną, ładnie skrojoną. To taki zapach uniwersalny - sprawdzi się do pracy, na randkę, na rodzinne spotkanie. Lekko świeży, ale ocieplony wanilią, zmysłowy, elegancki. I zimowy i wiosenny. Od kiedy go dostałam, sięgam niemalże odruchowo, a spory ubytek mówi sam za siebie. Po prostu musiał się znaleźć w ulubieńcach.


Tak prezentują się moi ulubieńcy. A jak było u Was? Jak pachniał Wasz 2015? 

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

30.12.15

L de Lolita, Lolita Lempicka


Póki dom wciąż pachnie świętami, pomarańczami i piernikiem (u Was też?), poopowiadam Wam troszeczkę o zapachu, który jak żaden inny potrafi roztoczyć w okół siebie ciepłą, apetyczną, domową aurę. Do L de Lolita podchodzę szczególnie sentymentalnie i traktuję trochę jak mój mały skarb. Dawkuję ją oszczędnie, bo to zapach prawie już niedostępny, a we mnie potrafi wywołać całe grono emocji i najpiękniejszych wspomnień - smaków i zapachów dzieciństwa, babcinej kuchni, świeżo pieczonych, drożdżowych bułeczek, zaparowanych szyb, śniegu za oknem, głośnego domu pełnego dzieci.


Nuta głowy: gorzka pomarańcza, bergamotka
Nuta serca: kocanka, cynamon, piżmo
Nuta bazy: fasolka tonka, wanilia, drzewo sandałowe

O L pisałam na blogu już kilkukrotnie, zawsze z uwielbieniem i zawsze z dozą żalu, że tak wyjątkowy zapach zniknął z perfumeryjnych półek. Zdążyłam na szczęście zaopatrzyć się w dwie wersje - starszą z roku 2006 (to ta z bursztynowym płynem) i nowszą z roku 2013. Prócz drobnych różnic we flakonach niewielkiej zmianie uległ sam zapach. Wersja oryginalna jest cudownie słodko-słona, cynamonowo-waniliowa z dodatkiem gorzkiej pomarańczy, zupełnie jak wspomniana świeżo wypieczona bułeczka drożdżowa. W nowszej, mocniej pobrzmiewają pomarańcze, tym razem słodkie, lekko soczyste, by dopiero później wyłonić cudny, apetyczny środek - prawdziwą L. Szkoda że mieszanka wanilii z cynamonem jest tu mniej wyrazista i mam wrażenie, że nie utrzymuje się na skórze tak długo. Gdzieś między jedną wersją, a drugą, proporcje poszczególnych składników ktoś poprzestawiał tak, aby L uczynić bardziej cukierkową i przystępną. Nie zrozumcie mnie, źle wciąż jest moc, wciąż jest ta cudowna słoność i ciepło babcinej kuchni, ale taka nie na sto procent, nie jak to było w pierwotnym wydaniu.


L de Lolita reklamowana była jako drogocenny skarb z dna morza, zapach syreny wyłaniającej się z fal, a ja w niej tej morskości zupełnie dostrzec nie potrafię - no chyba, że we flakonie, który, swoją drogą, jest przepiękny. Dla mnie to zapach, który od początku do końca jest jadalny, ciepły, mięciutki i wygrywa na skórze cudne melodie. Idealnie przełamuje słodycz słonością, zlewa z nosicielem, czaruje cynamonem, który jest tu apetyczny jak nigdzie indziej. Gdy noszę L de Lolita po prostu nie mogę przestać wąchać sama siebie, taki ten zapach przyjemny, kojący, poprawiający humor, a przy tym w ogóle nie nowoczesny i nie wyzywający. Przypomina mi o beztroskich czasach, przywołuje, dobre wspomnienia, umila zimowe wieczory i, gdziekolwiek bym nie była, zabiera mnie do domu. Warto poznać, więc polecam wszystkim - w szczególności wielbicielom zapachów "jadalnych" i tym, którzy szukają czegoś innego od mainstremowych nowości.

Ciekawa jestem, czy macie takie zapachy, które Wam kojarzą się z dzieciństwem? Jeśli tak, koniecznie się podzielcie.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

20.12.15

Grudniowe nowości


Uwielbiam wpisy o nowościach - oglądać, czytać, podpatrywać, a nade wszystko, tworzyć własne. Szczególnie tak pięknie pachnące jak ten - mandarynką, imbirem, marcepanem, wanilią, lawendą, cynamonem ....  Od kiedy moją pielęgnację zdominowały kosmetyki naturalne, cudne aromaty towarzyszą mi coraz częściej, choć paradoksalnie, kupuję o wiele mniej - z większym rozmysłem i raczej na bieżąco. Nie cierpię po prostu gdy coś się marnuje. Dla równowagi, na nieco większą rozpustę pozwalam sobie w kwestii perfum i obawiam się, że tu jestem niereformowalna (na szczęście rodzina toleruje moje szaleństwo). Te dwie tendencje mają oczywiście swoje odzwierciedlenie na blogu. Coraz częściej pisuję o perfumach, coraz rzadziej o kolorówce, a pielęgnacja, którą wciąż uwielbiam, pojawia się wtedy, gdy na prawdę chcę Wam polecić coś świetnego i tak się składa (co mnie ogromnie cieszy), że najczęściej są to kosmetyki polskich marek.


Wśród grudniowych nowości mamy więc i perfumy i kosmetyki pielęgnacyjne. Phenome i Ministerstwo Dobrego Mydła, to marki, które pojawiały się u mnie nie raz, choć ta pierwsza miała ostatnio mały przestój, a przez chwilę obawiałam się nawet, że najzwyczajniej zniknie z rynku. Na szczęście Phenome wróciło do gry, a ja mogłam uzupełnić zapasy. Uważam, że w kwestii pielęgnacji ciała marka nie ma sobie równych i tym razem zdecydowałam się na masło z serii Warming o rozgrzewającym aromacie mandarynki i imbiru. Dodatkowo do koszyka wrzuciłam się małą pojemność łagodząco kojącej maseczki różanej do skóry wrażliwej i naczyniowej (blossom theraputic mask), pierwsze wrażenia mam bardzo pozytywne, więc całkiem możliwe, że zdecyduję się na cały słoiczek. Jako gratis do zakupów wybrałam sobie chłodzący żel pod oczy (cooling eye puffiness minimizer), który od jakiegoś czasu chciałam wypróbować.

W poszukiwaniu idealnego, delikatnego żelu do mycia twarzy, tym razem zdecydowałam się na naturalny żel marki Biolaven (produkowanej przez Sylveco) z olejkiem z pestek winogron oraz olejkiem eterycznym z lawendy. Na razie czeka na otwarcie, ale liczę, że zastąpi fizjologiczny żel z Pharmaceris, który, co prawda spisuje się bardzo dobrze, ale po kolejnym opakowaniu, chciałabym w końcu spróbować czegoś nowego ( i mam nadzieję, że lepszego).


Z Ministerstwa tym razem przybyły do mnie dwa mydła - kawowe i nagietkowe, nowość marki - hydrolat z róży damasceńskiej oraz olejek z pestek śliwki. Byłam niesamowicie ciekawa tego marcepanowego zapachu, który opisywało tak wiele z Was. I już wiem - pachnie obłędnie! Troszkę tylko żałuję, że dziewczyny zdecydowały się zastąpić pompki w olejkach pipetkami - zdecydowanie lepiej sprawdzała się ta pierwsza opcja.


Pierwszy zapach, Dior Addict (wersja z 2014 roku) to prezent od Mikołaja - to mieszanka kwiatu pomarańczy, jaśminu i wanilii. Mimo reformulacji, jest piękny i mam wrażenie, że Addict w tej odsłonie zaskarbi sobie dość spore grono nowych fanek. L de Lolita to zakup zupełnie spontaniczny - po przeczytaniu tego wpisu u Edpholiczki, postanowiłam przemierzyć najgłębsze zakamarki Allegro w poszukiwaniu oryginalnej wersji L-ki. Udało mi się nabyć prawie nietknięte 80 ml, w naprawdę świetnej cenie i jestem zapachem absolutnie zachwycona. Krótko mówiąc, jest słodko-słono, waniliowo ze sporą dozą cynamonu i szczyptą pomarańczy. Niezmiernie się cieszę, że udało mi się uzupełnić zapasy.

Mam nadzieję, że w przedświątecznym zgiełku znajdziecie chwilę, by usiąść, przeczytać, może nawet napisać parę słów. Jeśli coś Was zainteresowało koniecznie dajcie znać :)

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

28.11.15

Perfumy na zimę 2015



Sezon świąteczny to taki okres, gdy do mojej kolekcji obowiązkowo wpada jakiś nowy zapach. Czy to za sprawą rodziny, czy poświątecznych wyprzedaży (paradoksalnie to właśnie po świętach obkupuję się najbardziej) na ogół mogę wtedy odhaczyć któryś punkt z mojej listy bez cienia wyrzutów sumienia. Perfumy, które wybrałam do tego zestawienia to w zdecydowanej większości zapachy ciepłe, orientalne i słodkie, przewija się w nich wanilia, ambra, są migdały, karmel, przyprawy. Czyli wszystko to co w zimowych zapachach kocham najbardziej. 

Dior Hypnotic Poison EDP - nowa odsłona HP wciąż nosi znamiona waniliowo-migdałowego oryginału, ale jest słodsza, cieplejsza i bardziej przystępna niż klasyk. Zniknął kminek, a zamiast tego zapach osłodzony został lukrecją, która dominuje przez pierwsze kilkanaście minut. Po nim do głosu dochodzą znane nuty pysznej wanilii i migdału tworząc charakterystyczną, mleczną bazę. Ci którzy znają stare, dobre HP być może będą kręcić nosem, ale ja, szczerze mówiąc, zdecydowanie wolę takie Hypnotic Poison w wersji EDP niż, pozbawioną głębi, wykastrowaną reformulacją wersję EDT, którą obecnie oferuje nam Dior.

Prada Candy- coś dla wielbicielek słodkości. Prada Candy, owszem, jest karmelkowa, przytulna i cieplutka, ale podbita benzoesem i piżmem, które dodają temu cukierkowi elegancji i powagi. To nie jest ulepny karmel, a ciągnące się, słodkie, gęste toffi z dodatkiem żywicy. I pachnie na prawdę pięknie. Kompozycja prosta, ale bardzo udana, w sam raz dla tych z Was, które zdążyły wyrosnąć z cukierkowych zapachów, a po części wciąż za nimi tęsknią.

Dior Addict (2014) - tym razem odkładam na bok rozterki dotyczące majstrowania przy składach i oceniam nowego Addicta zupełnie obiektywnie. To wciąż piękny zapach, choć lżejszy, świeższy i uboższy od oryginału - brakuje w nim drzewa sandałowego, i bobu tonka, została właściwie tylko wanilia, jaśmin i kwiat pomarańczy, ale te składniki w dalszym ciągu pięknie układają się na skórze. Otwarcie jest kwiatowe i lekko zielone, wanilia równoważy zapach dopiero po jakimś czasie, spajając pozostałe nuty w piękną, zmysłową całość. Tak, oryginał był lepszy, bardziej wyrazisty i zapadający w pamięć, ale nowy Addict jest po prostu pięknym, dobrze skrojonym zapachem i chętnie widziałabym go w swojej kolekcji.

Oriflame Amber Elixir - Amber Elixir zainteresowałam się szukając ciekawych ambrowców i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jest ciepły, przytulny, ambrowo-migdałowy, raczej subtelny i bliskoskórny, ale szalenie przyjemny. Idealny na zimowe chandry i wieczory pod kocykiem. Wielbicielkom migdałowego Hypnotic Poison powinien przypaść do gustu.

Guerlain Shalimar Ode a la Vanille Sur la Route du Mexique - klasyczny Shalimar to zapach przepiękny, choć czasami potrafi przytłoczyć i przyprawić o ból głowy. Ta odsłona została natomiast skrojona idealnie dla mnie. Otwiera ją cudna, tytułowa wanilia - przysięgłabym, że w towarzystwie cytrusów, ale tych nie ma w spisie nut. Jest za to karmel i czekolada, ledwie zaznaczone, ale wystarczająco by tę słodkość wanilii podkreślić, nie przesładzając jej. Wszystko to przydymione zostało odrobiną kadzidła. Ode a la Vanille jest więc nieco, słodszy, łagodniejszy od oryginału, ale to wciąż Shalimar - tyle że w nieco unowocześnionej odsłonie.

Thierry Mugler Angel - pamiętam jak dawno temu nie rozumiałam fenomenu Angela. Nie znosiłam go wręcz, był dla mnie dziwny, ordynarny jakiś, odpychający tą swoją zimną słodkością. Ileż się zmieniło od tego czasu, z każdym kolejnym podejściem Angel coraz bardziej mnie intrygował, ostatnio zużyłam nawet kilka próbek. I pachnie wyśmienicie. Czegóż tam nie ma - paczula, miód, karmel, kakao, pierniczki, wanilia i mnóstwo innych słodkości w dziwnej chłodno-miętowej otoczce. Wszystkie nuty poskładane zostały tak, że całość właściwie bardzo trudno jest zdefiniować. Angel jest słodki i zimny, czasami wychodzi z niego instny zombiak, innym razem pachnie po prostu jak święta. Jest wyjątkowy, piękny, trochę wyniosły, ale ja tam mu wybaczam.

Serge Lutens Ambre Sultan - Ambre Sultan to bogactwo orientu w pełnej odsłonie. Trzeba mieć odwagę by się z nim zmierzyć, trzeba też lubić ambrę. Mnie ona pociąga niesamowicie, a tu jest naprawdę wyjątkowa. Słodko-słona i mocno doprawiona liściem laurowym, oregano i kolendrą. Początkowo zapach jest bardzo ostry, wręcz wwierca się w nozdrza mnogością składników i mieszaniną doznań. Już prawie dostaję zawrotów głowy, gdy, po jakiejś godzinie lekko się wygładza i wysładza, do głosu dochodzi mirra, ambra, wanilia, jednak w dalszym ciągu nie są perfumy łatwe i potulne. Sama nie wiem jak wyglądałaby moja codzienność z Ambre Sultan i czy używanie go nie byłoby ponad moje siły. Początek jest nieco krzykliwy, ale teraz, po paru godzinach od aplikacji pachnie wprost wybornie.

Ja już zdecydowałam czym w tym roku obdaruje mnie Mikołaj, ale z tym podzielę się z Wami we właściwym czasie. A Wy? Jaki zapach/zapachy chciałybyście zobaczyć pod choinką?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

22.10.15

Thierry Mugler Alien EDP


Pisałam kiedyś, że tegoroczna jesień będzie pachnieć Alienem. I okazuje się, że słowa wypowiedziane pod wpływem początkowej fascynacji, sprawdziły się w tym przypadku idealnie. Bo nie ma drugiego zapachu, który tak bardzo pasowałby mi do chłodnych, deszczowych dni. Zaznaczam jednak, że Alien nie jest w żadnym wypadku cieplutkim otulaczem. Nie, on po prostu JEST jesienią. Muglerowski Angel jest dla mnie zapachem zimy, a Alien to po prostu ciemna, zimna, mokra jesień zamknięta w dziwnym, futurystycznym flakonie. Dokładnie taka jaką widzę teraz za oknem.



Nuta głowy: jaśmin
Nuta serca: nuty drzewne
Nuta bazy: ambra

Rozpisany na nuty zapachowe, Alien wydaje się zadziwiająco prosty. Wszystko tu orbituje w okół jednego składnika, a ten ma do pokazania całkiem sporo i wcale nie potrzebuje dodatkowych upiększaczy. Mowa, rzecz jasna, o  jaśminie, występującym tu w wyjątkowej postaci słodkiego, zawiesistego eliksiru. Ten jaśminowy ekstrakt trwa godzinami i po początkowej, najintensywniejszej fazie, właściwe nie ewoluuje na mojej skórze. Cały czas jest tak samo głęboki, dominujący, narkotyczny. I zimny jak kamień. Jak piękna i bezduszna famme fatale, która wpierw uwodzi, a później pożera mężczyzn na śniadanie. Wyobrażam sobie, że tak mogłaby faktycznie pachnieć kobieta nie z tego świata. Tak jak Laura (w tej roli świetna Scarlet Johansson), bohaterka dziwnego, acz intrygującego "Under the Skin", ponętnym głosem zapraszająca samotnych mężczyzn do swojego domu.

Jest w Alienie jakiś pierwiastek zepsucia, coś co sprawia, że ten jaśmin jawi się jako stary, mroczny wręcz zatęchły. Dałabym głowę, że to paczuli tak wyraziście demonstruje piwniczne, ziemne oblicze, ale okazuje się, że wcale jej tu nie ma, więc pewnie za wrażenie odpowiedzialne są nuty drzewne. Cóż, Thierry Mugler chyba lubi gdy jego zapachy mają trochę kanciasty charakter i wygląda na to, że wychodzi mu to na dobre. Niby Alien to dzieło kompletne, a jednak coś w nim odstaje i ciągnie całą kompozycję w nieoczekiwany kierunku. Słowo daję, nosząc go, czasami ląduję w dziwnym jaśminowym ogrodzie zalanym blaskiem księżyca, innym razem, w wypełnionej magicznymi eliksirami piwniczce wiedźmy (takiej młodej i ponętnej ma się rozumieć).


Piękny jest ten Obcy - głęboki, nietuzinkowy, charakterny. Ma w sobie zmysłowość i dystans, podoba się i zwraca uwagę otoczenia, jak mało który. Warto więc go poznać i warto oswoić - jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście, oczywiście. 

A Was jaki zapach ostatnio oczarował? Czym pachnie Wasz październik?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

24.9.15

Escentric Molecules, Molecule 01 - czy tak pachną feromony?


Kilka lat temu, Geza Schoen wypuścił na rynek Molecule 01 - intrygujące perfumy, składające się z pojedynczej molekuły o niezwykłym działaniu. Miała ona posiadać zdolność zmiany swojego aromatu w zależności od "nosiciela" i roztaczać nieuchwytną, zmysłową aurę, kusząc otoczenie działaniem podobnym do feromonów.

Brzmi ciekawie, prawda? Idea zapachu zawierającego tajemniczy składnik, dający nosicielowi moc przyciągania płci przeciwnej, jest niewątpliwie bardzo intrygująca - bo czyż nie każdy chciałby mieć pod ręką miksturę, która zwiększałaby jego atrakcyjność? Jak więc pachnie Molecule 01 i czym w ogóle jest ten tajemniczy komponent?

źródło
Niezwykła molekuła to tak zwane Iso E Super, pojedynczy składnik który w perfumach bywa używany jako odpowiednich nut drzewnych. W przemyśle zapachowym, nie jest on więc niczym nowym. Nowością jest za to wypuszczenie na rynek perfum opierającym się jedynie na owym składniku. I mimo że Molecule 01 nie obiecuje niczego nowego (zapach jako afrodyzjak - kto by pomyślał), robi to jednak sprytnie i skutecznie. Kusi ideą zapachu opartego w całości na jednym chemicznym komponencie, który ma wydobyć z naszej skóry zmysłowe, unikalne akordy.


Na ogół nie opieram recenzji na podstawie próbek (choćby dlatego, że lubię mieć własne zdjęcia), ale tym razem zrobię wyjątek i opiszę Wam moje wrażenia po kilku dniach testów. No to, psik. Pachnie skłodkawo, sucho i drzewnie. Początek jest trochę dziwny, papierowo, kartonowy, trzeba więc poczekać aż zapach ułoży się na skórze i dopiero wtedy delektować się właściwym aromatem. A ten jest dość przyjemny, zawieść się jednak mogą Ci, którzy oczekują typowych perfum. Molekuły są delikatne, dyskretne, niemal przeźroczyste, trochę tak jakbyśmy aplikowali na skórę same nuty bazowe jakiejś kompozycji. Może to właśnie dlatego niektórzy nie czują ich na sobie prawie wcale. Z resztą opinie na ich temat są bardzo różne - jedni rejestrują zapach kartonu, inni sandałowca, jeszcze innym Molecule 01 pachnie jak rosół. Z jednej strony, dziwi mnie ta rozbieżność, z drugiej ją rozumiem - jeszcze wczoraj molekuły pachniały drewnem, a dziś są bardziej szorstkie i papierowe. Dopiero co mi się podobały, a teraz zaczynają lekko drażnić.  Jedno jest pewne, spodziewałam się czegoś więcej, natomiast Molecule 01 ani nie zawojowały mojego serca, ani nie porwały otoczenia. Nikt ich nie zauważył, nie skomplementował, a gdy w końcu sama dopytałam męża, jak pachnę, skrzywił się i odparł, że dziwnie. Dziwnie, w sensie "nie noś tego więcej", a nie dziwnie-intrygująco, czy dziwnie-ciekawie.

Gdzie więc ta tajemnica, gdzie ten magnetyzm promieniujący od właściciela? Może to wina samego właściciela, a nie zapachu? Może ja z tymi perfumami nie "współgram"? Nie chcę snuć hipotez, choć skłaniam się ku stwierdzeniu, że za sukcesem tego zapachu stoi po prostu dobra reklama. I bardzo jestem ciekawa Waszych opinii w tej kwestii.

Znacie Molecule 01? Jakie są Wasze wrażenia?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:
© ROSE AND VANILLA . All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig