28.12.16

Ulubieńcy grudnia


Święta za nami, pora więc położyć kres ciszy, jaka ostatnio panowała na blogu. Mam nadzieję, że udało Wam się spędzić ostatni czas w ciepłej, radosnej atmosferze i w gronie najbliższych. Ja postanowiłam odpocząć od wirtualnego życia i faktycznie muszę przyznać, że ostatni tydzień upłynął bardzo przyjemnie. Było smacznie, świątecznie i bardzo rodzinnie, co prawda bez śniegu, ale ten łaskawie postanowił spaść właśnie dziś, więc nie jest tak źle ;) Tylko słońca brak, na czym niestety cierpią zdjęcia - robiłam chyba ze trzy podejścia do tego wpisu, aż stwierdziłam, że lepiej już chyba nie będzie.


Ulubieńcy, jak to u mnie, w 100% pielęgnacyjni. Zacznę od świetnego ujędrniającego olejku do ciała Flori, polskiej marki Femi. Marka istnieje na naszym rynku bardzo długo i aż dziw, że dopiero teraz wpadła w moje ręce. Laboratorium Femi tworzy własne, ekologiczne receptury od 25 lat (a więc o wiele dłużej niż trwa obecna moda na kosmetyki naturalne), a składy ich produktów są na prawdę imponujące. Na pewno napiszę o nich nieco więcej, a na razie mogę Was tylko zapewnić, że Flori to kosmetyk bardzo wyjątkowy. W jego składzie znajdziemy olejek jojoba i wyciąg z kaparów, dodatkowo wypakowany jest olejkami eterycznymi: z kadzidłowca, mirry, palmarozy. Taka mieszanka działa jak najlepszy okład dla skóry - koi, świetnie ujędrnia, nawilża i odżywia, ale przede wszystkim, skutecznie wspomaga walkę z cellulitem i rozstępami. Zapach jest dość intensywny z nutą kadzidła i mirry, aczkolwiek nie jest to aromat mocno dominujący i po jakimś czasie nie czujemy go na skórze w ogóle. Dla mnie jest piękny, niecodzienny, wręcz zmysłowy, a do tego absolutnie niespotykany. Aplikacja olejku jest bardzo szybka i przyjemna, ale zaznaczam, że wmasowuję go w jeszcze wilgotne ciało, zaraz po kąpieli. W ten sposób kosmetyk szybciej się wchłania i mam wrażenie, że skóra jest o wiele miększa i dogłębnie nawilżona. Uwielbiam sięgać po ten olejek i polecam Wam go bardzo mocno!

Jako że od dawna jestem zwolenniczką olejków Ministerstwa Dobrego Mydła, nie mogłam odmówić sobie wypróbowania najnowszego, z opuncji figowej. Jest on o tyle wyjątkowy, ze zawiera wysoką zawartość nienasyconych kwasów tłuszczowych, głównie kwasu Omega 6. Wykazuje się silnym działaniem przeciwzmarszczkowym, zwiększa nawodnienie i odporność skóry. Po dłuższym stosowaniu skóra jest miękka i odżywiona, olejek nie jest obciąża jej, a w duecie z hydrolatem różanym, swobodnie można stosować go samodzielnie, bez użycia kremu. To świetny kosmetyk, dobrze spełnia swoją rolę, jednak w przyszłości pewnie wrócę do olejku z pestek śliwki, który jest znacznie tańszy, a działa podobnie.

Tuż przed świętami marka Bikor zaskoczyła mnie bardzo miłym prezentem świątecznym w postaci aromatycznej świecy do masażu o zapachu wanilii i pomarańczy. Pachnie wybornie, a dodatkowo jest w 100% naturalna. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do masażu świeczką, ale wiecie co, to jest właściwie całkiem fajne! Zapalamy sobie świeczkę do kąpieli, a później roztopiony wosk możemy wmasować w dowolne partie ciała. Nieźle nawilża, sam masaż ciepłym olejkiem jest bardzo przyjemny no i skóra po nim cudownie pachnie. O ile tylko Bikor postanowi wprowadzić świeczkę do swojego asortymentu, polecam wypróbować.


Naturalny scrub z olejem z pestek śliwki i olejkiem jojoba Hagi pokazywałam wam już wcześniej. Przede wszystkim przepięknie pachnie marcepanem i stanowi idealne uzupełnienie relaksujących zimowych kąpieli, Scrub jest dosłownie wyładowany olejkami i ekstraktami, w których zanurzono ścierające drobinki soli. Wrażliwcy nie muszą się go obawiać, bo jest stosunkowo delikatny Moja skóra wcześniej reagowała podrażnieniem na solne peelingi, ale ten okazał się w sam raz - lekko peelinuje, nie podrażnia, dobrze nawilża i generalnie sięgam po niego z wielką przyjemnością.

Na koniec zostawiłam bardzo ciekawy duet do włosów. Amerykańska marka Living Proof, której twarzą jest Jennifer Aniston, tworzy wyłącznie kosmetyki do pielęgnacji włosów, które mają być odpowiedzią na trzy główne problemy - puszenie, brak objętości i zniszczenie. Brzmi zachęcająco prawa? Kosmetyki LP nie zawierają siarczanów, parabenów, olejów i silikonów, a duet szampon+odżywka Perfect Hair Day o którym mowa, jest idealnym rozwiązaniem dla włosów cienkich i puszących się, czyli dokładnie takich jak moje. Szampon świetnie oczyszcza i utrzymuje czuprynę w dobrej kondycji na prawdę długo, odżywka sprawia, że są sypkie i nawilżone, do tego oba kosmetyki są bardzo wydajne i mają świetny energetyzujący zapach. Ja jestem z nich bardzo zadowolona, choć cena, niestety, jak na produkty do włosów jest nieco wygórowana.

Dajcie znać co myślicie o moich ulubieńcach, a co Was zachwyciło w ostatnim miesiącu?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

12.12.16

Fridge by yDe 4.1 coffee eye


Właściwie od momentu poznania kosmetyków Fridge by Yde byłam pewna, że mam do czynienia z czymś wyjątkowym. Fakt, że takie cuda powstają właśnie u nas, w Polsce, napawa mnie dumą i cieszę się, że to co najlepsze mamy praktycznie na wyciągnięcie ręki. Co prawda, jak dotąd mam za sobą kilka pobieżnych testów i jeden pełnowymiarowy produkt, ale za to jaki! Coffee eye to coś absolutnie fenomenalnego. Marka Fridge postawiła poprzeczkę tak wysoko, że słowo daję, nie wiem czy cokolwiek może się z nią mierzyć. Coffee eye to po prostu najlepszy krem pod oczy jaki znam - dajcie mu szansę, mogę się założyć, że z miejsca się zakochacie.



Zanim przejdę do bohatera dzisiejszego wpisu, pozwólcie, że zatrzymam się na chwilę przy marce. Filozofia Fridge i ich podejście do kosmetyków są bowiem wyjątkowe i z pewnością warte uwagi. Domeną Fridge jest świeżość, ich kosmetyki nie zawierają żadnych substancji syntetycznych i alkoholi. Ich trwałość to 2,5 miesiąca i przez wzgląd na zachowanie cennych właściwości należy przechowywać je w lodówce.

Większość składników roślinnych właściciele marki uprawiają na własnej XIII plantacji cysterskiej (Starzyński Dwór), a kosmetyki wytwarzają we własnym laboratorium, gdzie każdy jeden przygotowywany jest pod indywidualne zamówienie, sygnowany datą i imieniem osoby odpowiedzialnej. Taki wyjątkowy produkt ląduje w naszej lodówce. Każdy krem to minimum siedem substancji aktywnych o potężnej wartości biologicznej, łatwo przyswajanych przez skórę. Dzięki świeżości, najwyższej jakości składników i możliwie jak najkrótszej drodze od laboratorium do naszego domu, otrzymujemy kosmetyk który gwarantuje najlepsze wchłanianie ważnych dla skóry substancji, zapewnia odżywienie, stymuluje procesy odnowy i wzmacnia ją od wewnątrz jak żaden inny.


4.1 coffee eye to gęsty, mocno odżywczy krem pod oczy, bogaty między innymi w olej migdałowy, masło kakaowe i ekstrakt z kawy arabica, wzmocniony dodatkową dawką naturalnego pochodzenia kofeiny. To właśnie dzięki tym składnikom krem ma wykazywać silne działanie drenujące, odblokowywać przepływ limfy w rezultacie redukując opuchliznę. I nie są to czcze obietnice - coffee eye rzeczywiście skutecznie radzi sobie z poranną opuchlizną, niwelując efekty nieprzespanej nocy. 

Już w momencie aplikacji krem funduje przyjemność w czystej postaci. Bezpośrednio po wyjęciu z lodówki gęsta, masełkowa formuła przyjemnie chłodzi, roztaczając autentyczny zapach świeżo palonej kawy z mlekiem. Faktycznie bardzo szybko odświeża spojrzenie i zapewnia skórze ekstra nawilżenie od rana do wieczora. Stosuję go regularnie dwa razy dziennie i jako krem na noc sprawdza się równie wyśmienicie - genialnie nawilża, szybko się wchłania, a do tego napręża i rozjaśnia skórę. To taki skoncentrowany, dobroczynny kompres, który sprawia, że okolica oka jest odżywiona i wygładzona, drobne linie pod oczami ulegają spłyceniu. Skóra dosłownie chłodnie go z wdzięcznością, w zamian odpłacając promiennym, świeżym wyglądem.

Jestem absolutnie oczarowana coffee eye i polecam go wszystkim, w szczególności tym, którzy szukają dogłębnego nawilżenia i raz na zawsze chcą się pozbyć zmęczonego spojrzenia.

Koniecznie dajcie znać, czy znacie markę i czy stosowałyście coffee eye, bądź pozostałe kosmetyki z asortymentu Fridge!

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

2.12.16

Ulubieńcy listopada


Ostatni miesiąc upłynął pod znakiem aromatycznych herbat, kilogramów mandarynek, kawy z cynamonem, świeczek zapachowych, a do tego wyjątkowo przyjemnie pachnących kosmetyków - o dziwo, wcale nie z gatunku tych jesienno-zimowych. Tym razem, z listopadową aurą wyjątkowo mierzyłam się w towarzystwie energetyzującego geranium od Aesop i świeżej mięty z Phenome. Oba zapachy sprawdziły się wyśmienicie i były całkiem miłą alternatywą dla przedświątecznych rozgrzewających słodkości, którymi na ogół otaczam w tym okresie. Poza tym, przez cały miesiąc otulałam się kozim mlekiem - to akurat polecam zawsze, wszędzie i o każdej porze roku. To tak w wielkim skrócie, a teraz zapraszam na recenzje :)


Aesop Geranium Leaf Body Cleanser - choć z żelu jestem generalnie bardzo zadowolona, nie obędzie się też bez małej bury. Ale zacznijmy od przyjemności. Zapach jest mieszanką roślinnego aromatu geranium, olejków eterycznych ze skórki mandarynki i bergamotki i stanowi jeden z największych plusów kosmetyku. Jest na prawdę bardzo przyjemny, naturalny i dość intensywny - z resztą z powodzeniem można stosować go jako płyn do kąpieli. Sam żel nie podrażnia ani nie wysusza mojej skóry, ale niestety nie mogę pominąć faktu, że nie jest wolny od SLS-ów i substancji myjących, które mogą podrażnić wrażliwszą skórę. Oczekiwałam czegoś więcej i prawdę powiedziawszy jestem przyzwyczajona do o wiele lepszych składów za znacznie niższą cenę i to mój podstawowy zarzut w jego stronę.

Phenome Rebalance Hair Wash - Phenome po raz kolejny nie zawodzi. Szampon przywracający równowagę skórze głowy okazał się świetnym produktem. Jak na kosmetyk naturalny jest całkiem wydajny, dobrze się pieni i szybko radzi sobie z oczyszczaniem włosów i skóry głowy. Do tego ma świetny, genialnie odświeżający, miętowy zapach. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobnym w żadnym w kosmetyku do mycia włosów i powiem Wam, że sprawdza się genialnie! Świetnie orzeźwia, a zapach utrzymuje się długo po umyciu. Działanie też na duży plus, włosy ładnie się układają, są miękkie, nie plątają się. Jest na prawdę nieźle!


Organiuqe Soothing Goat & Lychee Milk Body Butter - seria z kozim mlekiem zdecydowanie należy do moich ulubionych. Z całego asortymentu to właśnie ten zapach najbardziej przypadł mi do gustu - po prostu trafiony w dziesiątkę! Bezpośrednio po wykończeniu serum, od razu przerzuciłam się na masło do ciała, a charakterystyczny aromat nie znudził mi się ani trochę. Kosmetyk ma bardzo przyjemną aksamitną formułę, mocno odżywia, nawilża, a przy tym nie pozostawia na ciele tłustej warstwy. Dzięki składowi bogatemu w naturalne masła i wyciągi (masło shea, ekstrakt z koziego mleka, ekstrakt z perły, aloesu, liczi, witamina E), skóra odzyskuje elastyczność i gładkość. Bardzo fajny kosmetyk do którego z przyjemnością wrócę.

Hagi Puder do kąpieli z kozim mlekiem - puder z Hagi jest trochę kapryśnym ulubieńcem - to rarytas, który znika zanim na dobrą sprawę zdążymy się nim nacieszyć, ale trzeba mu przyznać, cieszy wyśmienicie. Jest mało wydajny, ale dodany do kąpieli stwarza cudowną atmosferę domowego SPA - puder roztacza przepiękny zapach (nawet mąż go pokochał - na moje nieszczęście), a sproszkowany wyciąg z koziego mleka, masło shea i olej ze słodkich migdałów delikatnie pielęgnują skórę.


A Wam co ciekawego wpadło w ręce w ostatnim czasie? Jacy są Wasi listopadowi ulubieńcy?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:
© ROSE AND VANILLA . All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig