26.6.17

Ulubieńcy maja/czerwca


Miałam spory problem ze zmieszczeniem tu tylko kilku ulubieńców ostatnich dwóch miesięcy. Od maja przez moje ręce przewinęło się mnóstwo świetnych kosmetyków, z pośród których zdecydowana większość zasługuje na wzmiankę. I wiecie co, ogromnie  mnie to cieszy - polski rynek kosmetyki naturalnej szybko się rozrasta, konkurencja rośnie, wybór jest coraz większy, a producentom wciąż udaje się zaskakiwać i zachwycać. Ostatecznie, listę musiałam znacznie zawęzić i zostawiam Was z samymi pielęgnacyjnymi perełkami. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie.

Ministerstwo Dobrego Mydła hydrolat różany i lawendowy - jeśli jeszcze nie kochacie tych hydrolatów, robicie ogromny błąd! Nie ma cudowniejszego sposobu na odświeżenie cery, szczególnie latem. Nic nie daje takiego powera olejkom, ba! nic nie podkręca działania praktycznie każdego kosmetyku jak wody kwiatowe. Różana zawsze będzie moim ulubieńcem - genialnie koi, nawilża i odżywia cerę, a do tego ma cudownie odprężający zapach. Ostatnio skusiłam się na wersję lawendową i jest świetna! Idealnie uzupełnia wieczorną pielęgnację olejkami, a o jej działaniu aromaterapeutycznym wspominać chyba nie muszę. Uprzedzam tylko, że lawenda od MDM pachnie bardzo naturalnie - dajcie jej chwilę, niech ułoży się na skórze i roztacza swój czar.

Resibo odżywczy balsam do ciała - hicior - pachnący latem, słońcem i wakacjami, odżywczy, wygładzający, mocno nawilżający balsam do ciała od Resibo. Marka mocno ruszyła z kopyta i co chwila rozpieszcza coraz lepszymi pielęgnacyjnymi nowościami. Nie wiem jak to robią, ale każda kolejna, jest lepsza od poprzedniej (już zacieram ręce na najnowszy balsam, w wersji wyszczuplającej).

Resibo serum naturalnie wygładzające - olejkowa bomba witaminowa. Jeśli jeszcze nie jesteście przekonane do pielęgnacji olejkami, łapcie dobry hydrolat, serum Resibo i niech dzieje się magia. Kosmetyk zawiera takie wspaniałości jak olej ze słodkich migdałów, pestek winogron, olej marula, skwalan roślinny, witaminę C, czy ekstrakt z lawendy motylej. Skład jest na prawdę świetny, a do tego działa jak marzenie (i pachnie jak kiść słodkich winogron). Używam wieczorem, bezpośrednio na hydrolat lawendowy (powtarzam się, ale jeśli używacie olejków na suchą skórę, robicie ogromny błąd - różnica jest ogromna). Po serum cera jest napięta, świeża, nawilżona i wygładzona. Wygląda promiennie i świeżo - polecam gorąco!

Make Me Bio krem pod oczy z witaminą E i wyciągniem z ogórka - początkowo byłam z niego umiarkowanie zadowolona, ale im dłużej używam i im cieplej robi się na dworze, tym bardziej doceniam połączenie lekkiej formuły z głębokim nawilżeniem. Trzymam w lodówce i po użyciu wrażenie jest mniej więcej takie, jak po porządnym ogórkowym kompresie - skóra jest napięta, lekko ściągnięta (w ten dobry sposób), a spojrzenie rozjaśnione.

Iossi Naffi krem nawilżający Awokado&jojoba - powtórzę mniej więcej to, co pisałam w poście z nowościami. Krem Naffi ma wszystko to za co uwielbiam kosmetyki naturalne - cudowny skład, silne, skoncentrowane działanie i bogatą, komfortową formułę. Tu ktoś wymieszał te wszystkie olejki, masła, ekstrakty i wyciągi nadzwyczaj dobrze - w rezultacie otrzymujemy bogaty (nie mylić z ciężkim i tłustym) krem, który przypomina mi mus z awokado połączony z masłem shea, doprawiony olejkami i wodami roślinnymi w taki sposób, by aplikacja była możliwie jak najbardziej przyjemna, wchłanianie szybkie, a działanie natychmiastowe. Cud krem! 

Bio IQ woda micelarna i maseczki kompresowe - połączenie wody z róży damasceńskiej, ekstraktu z oczaru wirgnijskiego, żurawiny, dzikiej róży i cytryny wyśmienicie koi podrażnienia, odżywia, odświeża i tonizuje skórę. Bawełniana maseczka potęguje efekt, tworząc nieprzepuszczalny kompres, który podnosi temperaturę skóry, przyspiesza krążenie i zwiększa efektywność wchłaniania składników aktywnych. Jedno jest pewne, tak gładkiej, napiętej, ukojonej skóry nie miałam jeszcze po żadnej maseczce - natychmiastowy, naturalny lifting gwarantowany. 

Mary Cohr Ecobiology Mousse Nettoyante - na koniec kompletny strzał w ciemno. Delikatna, eko-biologiczna pianka oczyszczająca, francuskiej marki Mary Cohr (do kupienia w sklepie Warsztat Piękna). Spisuje się naprawdę bardzo dobrze - jest łagodna, wydajna i świetnie nadaje się do codziennego oczyszczania cery suchej i wrażliwej.  Zastrzegam jednak, że to nie jest najlepszy kosmetyk tego typu, jaki miałam okazję używać. Nie mogę się powstrzymać przed porównaniem jej z takimi piankami Phenome, które są tańsze, jeszcze delikatniejsze, równie skuteczne, no i wypadają lepiej pod względem składów. Mimo tego nie mogłam jej tu nie dorzucić, bo zdecydowanie zasługuje na wzmiankę - używam od trzech tygodni dwa razy dziennie i swoje zadanie spełnia świetnie.



Dajcie znać, co Was zainteresowało, może o którymś kosmetyku chciałybyście przeczytać nieco więcej?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

13.6.17

Diptyque L'Ombre Dans L'eau EDP



Na L'Ombre Dans L'eau trafiłam w momencie, gdy mój zapachowy gust przechodził małą rewolucję. Byłam akurat na etapie odkrywania perfum prostych, zielonych, i nie miałam pojęcia, że gdzieś w tym kręgu kryje się róża - do tego zupełnie inna niż wszystkie. Marka Dyptique ma w swojej ofercie całkiem sporo zapachów inspirowanych naturą, więc, wiedząc o niej tyle ile wyczytałam z poleceń innych, zaopatrzyłam się w pokaźną ilość próbek i zabrałam za poznawanie. Mój nos dość szybko trafił na L'Ombre Dans. Zakochałam się błyskawicznie, a kilka dni później flakon był u mnie.

W L'Ombre Dans L'eau główne role grają dwie, a właściwie trzy nuty. Jest więc owa róża - młoda, rozwijająca się, świeża i przestrzenna. Taka która jest w stanie nawrócić niejednego sceptyka. Obok niej zielenią się liście czarnej porzeczki, obsypane hojnie słodko-cierpkimi owocami. Połączone, tworzą przepiękną, spójną mieszankę, cudownie letnią i botaniczną, ale i bardzo kobiecą.

Mimo ostrego, zielonego otwarcia, przywodzącego na myśl świeżo zebrane, roztarte liście, serce zapachu jest bardzo zmysłowe. To właśnie ta faza trwa na skórze przez długie godziny, roztaczając na wytrawny, kwiatowo-owocowy aromat. Róża nie jest dusznym babcinym pachnidłem, nie rośnie też grzecznie w promykach słońca na ogródkowej grządce. Zaplątana w jeżynowe krzewy, dziko wyrasta w cieniu wysokich drzew, gdzieś w środku lasu. Zieleń jest tu jadowita, ciemna i chłodna, tłumi słodycz, wydobywa cierpkość, dzięki czemu zapach stanowi świetną alternatywę dla wiosenno-letnich świeżaków. 

L'Ombre Dans L'eau oznacza nic innego jak "cień na wodzie" i choć nazwa to piękna chyba w każdym języku, mnie bardzo długo nie zgrywała się kompletnie z samym zapachem. Pamiętam jak wydawał mi się idealny na jesień, niemalże ją uosabiając, ze swoim chłodem i romantyczno-nostalgicznym sznytem. Dopiero niedawno doceniłam jak wiele zyskuje wiosną i latem. Znacie to uczucie, gdy w gorący, parny dzień, wchodzicie do lasu i z każdym krokiem powietrze się zmienia? Pachnie zielenią i wilgocią, przyjemnie chłodzi skórę, pozwala oddychać. Tak właśnie odbieram L'Ombre Dans L'eau - ma w sobie cień, świeżość, wilgoć, a do tego wszystkiego jest cudownie odurzający i bardzo kobiecy. 


Uwielbiam bezgranicznie, a i moje otoczenie bardzo go docenia. To piękny i wyjątkowy zapach i gorąco namawiam byście dały mu szansę (warto spróbować wersji EDT, bo jest równie uzależniająca).




Koniecznie dajcie znać, czy znacie L'Ombre Dans L'eau. A może inne zapachy Diptyque skradły Wasze serca? 

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

27.5.17

Nowości ostatnich tygodni


Po krótkiej ciszy na blogu wracam z solidną porcją wiosennych nowości. Mamy prawie czerwiec, lato za pasem i chyba nie tylko ja stęskniłam się za słońcem, lekkimi balsamami i orzeźwiającymi zapachami? Wobec tego, dziś głównie lekko i świeżo - krótko i zwięźle opowiem Wam co trafiło do mnie w ostatnim czasie.

Na początku maja w końcu dorwałam słynny duet od Resibo. Tyle dobrego naczytałam się o ich cudownym serum i balsamie, że najzwyczajniej w świecie nie dało się dłużej odkładać tego zakupu. Obu kosmetyków używam od niedawna i oba szczerze uwielbiam. Serum naturalnie wygładzające genialnie nawilża, wygładza i odżywia - to po prostu prawdziwa bomba witaminowa w postaci lekkiego olejku, czyli dokładnie to czego moja cera potrzebuje wieczorem. Odżywczy balsam obłędnie pachnie słońcem i tropikami, zapewnia skórze na prawdę mocną dawkę nawilżenia, dodatkowo pięknie ją wygładzając. Z pewnością jeszcze się o tej dwójce rozpiszę, a na razie mocno zachęcam, jeśli jeszcze nie próbowałyście tych wspaniałości, nadróbcie koniecznie.

Z Bio IQ mam styczność po raz pierwszy, ale mocno czuję, że będzie to dłuższa znajomość. Marka ma świetną ofertę kosmetyków naturalnych (do sprawdzenia tutaj), w całkiem przystępnych cenach i wygląda to wszystko pięknie i obiecująco. Krem na noc czeka w kolejce, ale miałam już okazję spróbować maseczek kompresowych oraz wody micelarnej i ten duet spisuje się super - nawilża, odpręża i genialnie odświeża cerę. 

Szampon zwiększający objętość Oway, zastąpił Phenome i mam nadzieję, że będę z niego równie zadowolona co z poprzednika. Na razie jest obiecująco, szampon dobrze oczyszcza, nie obciąża włosów i lekko odbija je od nasady. 

Krem Naffii od Iossi ma wszystko to co w kosmetykach naturalnych lubię - komfortową, bogatą formułę, silne działanie nawilżające i cudowny skład, 'własnoręcznie' wymieszany w krakowskiej manufakturze. Zdecydowanie chcę więcej Iossi w mojej pielęgnacji i z pewnością dam szansę innym wspaniałościom. 

Natomiast krem pod oczy Make Me Bio z witaminą E i ekstraktem z ogórka, zamówiłam z czystej ciekawości (plus miłości do ogórków) i mimo że nie mam zastrzeżeń co do właściwości nawilżających, po kremach z fridge trudno mówić tu o zachwycie - co nie oznacza, że kremu nie polecam! Myślę że wielu z Was może przypaść do gustu, zwłaszcza, że cena jest bardzo przystępna.

Podczas ostatniej wizyty w Sephorze w mojej ręce wpadł podkład Dior Diorskin Forever w odcieniu 015. Zakup kompletnie nie w moim stylu, ale po dłuższej przerwie chciałam dać szansę mocniejszemu kryciu, które czasem po prostu się przydaje. No i polubiliśmy się. Nie jestem pewna czy wrócę do Diorskin ze względu na cenę, ale spisuje się na prawdę fajnie - stapia się z cerą perfekcyjnie, daje całkiem przyzwoite krycie, jest trwały i komfortowy w użyciu. 

Przy okazji poszukiwań podkładu, rozglądałam się też za korektorem - celowałam w Catrice, ale ponieważ kupno stacjonarnie graniczy z cudem zdecydowałam się na NYX (kiedyś używałam i byłam pewna, że w jego przypadku o pomyłce nie ma mowy). Dodatkowo, wybrałam coś kompletnie nowego, czyli Lirene be perfect. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że Lirene bije NYX na głowę - aplikacja za pomocą gąbeczki to czysta przyjemność, korektor nie wysusza, całkiem dobrze kryje i świetnie nadaje się do rozświetlenia i ukrycia drobnych cieni pod oczami. Mocno polecam wypróbować go podczas kolejnej wizyty w drogerii, jest spora szansa, że i Wam przypadnie do gustu!

Skoro już przy Lirene jesteśmy, niedawno dotarła do mnie przesyłka z produktami marki. Nie będę ukrywać, że sprawiła mi dużą przyjemność, bo kosmetyki Lirene,w szczególności wszelakie smarowidła do ciała, wspominam bardzo miło (żele antycellulitowe według mnie wciąż są jednymi z najlepszych dostępnych drogeryjnie). Z przyjemnością odświeżam tę znajomość, zaczynając od grejpfrutowego peelingu i  żelu myjącego.


Dajcie znać czy coś Was zainteresowało! O czym chciałybyście poczytać w pierwszej kolejności?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:
© ROSE AND VANILLA . All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig