1.3.17

Ulubieńcy ostatnich miesięcy /2017


Ostatnie dwa miesiące były bardzo dobre dla mojej cery - wszelkie problemy w końcu się unormowały, a ilość kosmetyków jakie stosowałam, skurczyła się do dosłownie kilku sprawdzonych hitów. Takich, które zdołały wyciągnąć z mojej skóry wszystko to co najlepsze, przywrócić jej blask i gładkość. Myślę, że niejedna posiadaczka cery wrażliwej zgodzi się z tym, że w pielęgnacji takowej najważniejsza jest delikatność, równowaga i umiar. Trzymanie się sprawdzonych kombinacji, w moim przypadku, oparcie codziennej pielęgnacji na olejkach i naturalnych ekstraktach działa cuda. 


W oczyszczaniu od dawna jestem wierna piankom z Phenome - różana jest genialna, a obecnie używam męskiej wersji Phenome Gentle Foam Cleanser, którą niechętnie dzieli się ze mną mój M. Zaczęło się od jednorazowego testu, a skończyło na tym, że dosłownie wyrywamy ją sobie z rąk, Jest genialna, ultradelikatna, nie wysusza, nie podrażnia i ma przyjemny, odświeżający cytrusowy zapach (psst... ta pianka, jaki i kilka innych kosmetyków Phenome jest obecnie w promocji 40%, warto się skusić). 

Hydrolat różany Iossi to tak na prawdę czysty wyciąg z róży damasceńskiej. Pięknie pachnie, delikatnie nawilża i koi skórę. Używam go codziennie przez aplikacją serum na bazie olejków - przy tego rodzaju pielęgnacji warto, a nawet trzeba mieć pod ręką dobry tonik/hydrolat, a u mnie to właśnie wyciągi różane sprawdzają się najlepiej (wcześniej faworytem był tonik z Ministerstwa Dobrego Mydła, ale ten z Iossi lubię ciut bardziej).

Po spryskaniu twarzy różaną mgiełką pora na kolejny krok. Tu stawiam na Lipidowe Serum Passiflora Laboratorium Femi. To prawdziwy pielęgnacyjny mocarz, cudownie sprawdza się przy cerze wrażliwej i naczyniowej. Kilka kropli i skóra staje się nawilżona, odżywiona i gładka, ale zaznaczam, że ze względu na formułę (to serum oparte na mieszance olejków) nieporównywalnie lepsze efekty uzyskamy używając go w duecie z ulubionym tonikiem lub hydrolatem. Dodatkowo, Passiflora świetnie sprawdzi się jako samodzielny kosmetyk - tak na prawdę wcale nie potrzebuje wsparcia kremu.

W ciągu dnia przez ostatnie miesiące byłam wierna kremowi odmładzającemu Citisime Laboratorium Femi. Przede wszystkim ma na prawdę świetną formułę - nie jest ani ciężka, ani lekka, a idealnie po środku. Bardzo szybko się wchłania i gwarantuje mocną dawkę nawilżenia przez cały dzień. Kosmetyki Femi mogą pochwalić się fenomenalnymi składami, a moja cera wprost uwielbia te formuły i wyjątkowe mieszanki organicznych składników - jestem przekonana, że to w dużej mierze im zawdzięczam jej obecny wygląd. Już wkrótce postaram się opowiedzieć o Femi nieco więcej.

Krem pod oczy 1.4 eye Fridge by Yde, to kolejny mój, zaraz po coffee eye, hit marki. Jest nieco lżejszy od poprzednika, ale równie mocno odżywczy i nawilżający. Świeżutki prosto z lodówki, dzięki zawartości lanoliny, ekstraktów różanych, ekstraktu z zielonej herbaty i bławatka, wspaniale regeneruje, koi i nawilża. Bardzo mocno polecam!

Na koniec Yope krem do rąk Herbata/Imbir i drzewo sandałowe, które co prawda są ze mną od niedawna, ale już po pierwszym użyciu wiedziałam, że się polubimy. Oba kremy są lekkie, dobrze nawilżają i bardzo przyjemnie pachną. Opakowania kupiły mnie od razu, a ceny są na prawdę fajne. Czego chcieć więcej :)



Koniecznie dajcie znać, czy znacie moich ulubieńców, a jak ostatnio wygląda Wasza pielęgnacja?


pozdrawiam ciepło
Kinga

SHARE:

19.9.16

Bikor Como Blush nr 5 Sunrise


Róże do policzków uwielbiam odkąd pamiętam. To właśnie one zajmują najwięcej miejsca w mojej kosmetyczce, i to one, jak żadne inne kosmetyki kolorowe, potrafią przyprawić mnie o szybsze bicie serca. Gdy tylko w moje ręce wpadł przepiękny złoto-łososiowy róż Bikoru, o jakże trafionej nazwie Sunrise, czułam że się polubimy. Pierwsze muśnięcie pędzla, i byłam kupiona. Róż był ze mną praktycznie przez całe wakacje i muszę przyznać, że na prawdę pięknie komponuje się z lekko opaloną skórą. Nie sądziłam, że wraz z nadejściem jesieni wciąż będę po niego sięgać, ale okazuje się, że deszcz i wiatr mu nie straszne i wciąż jest dla mnie numerem jeden.


O tym że Bikor jest gwarantem świetnej jakości i niezawodnych formuł pisałam niejednokrotnie (o proszę tu, tu i tu). Nie będę się więc powtarzać, bo tu jest dokładnie tak samo. Kosmetyk jest idealnie drobno zmielony, ma miękką, satynową konsystencję, świetnie się rozprowadza, a aplikację umila subtelny waniliowy zapach, który mnie automatycznie kojarzy się z produktami marki. Sunrise, poza na prawdę ładnym ciepłym, łososiowym odcieniem, zawiera mikrocząsteczki nadające cerze świetlisty blask. Właściwe, tak to po trochu jest to rozświetlacz, więc jeśli lubicie efekt świetlistej cery, będziecie bardzo zadowolone. Tym bardziej, że w przypadku tego kosmetyku uzyskujemy na prawdę piękne, satynowe rozświetlenie, a cera muśnięta różem nabiera blasku i świeżości. 

Efekt zobaczycie na zdjęciu poniżej. Na skórze mam jedynie lekki podkład, przy czym zaznaczam, że różu nałożyłam nieco więcej niż zwykle, by kolor był bardziej widoczny. Na ogół wystarcza pojedyncze muśnięcie pędzlem, by upiększyć i ożywić (w moim przypadku często zmęczoną) cerę.


Sunrise świetnie komponuje się z, wciąż ulubioną, Ziemią Egipską, i właśnie takie połączenie zobaczycie u mnie najczęściej. Jest bardzo trwały i niezwykle przyjemny w użyciu, a do tego zamknięty w eleganckim solidnym  opakowaniu z lusterkiem, które zasługuje na osobną pochwałę. Jedyna uwaga jaką mam, to fakt że najpiękniej prezentuje się na gładkiej, nieskazitelnej cerze. Niestety rozświetlająca formuła potrafi podkreślić wszelkie jej mankamenty i nierówności, więc jeśli wolicie matowe wykończenie, warto też obejrzeć sobie pozostałe odcienie na stronie marki. Niemniej jednak róż jest przepiękny i na ten moment to mój ulubieniec, zarówno ze względu na odcień jak i formułę.

Koniecznie dajcie znać co o nim myślicie!

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

28.7.16

Ulubieńcy lipca


Lipiec był wyjątkowo udany. Powolny, leniwy, a mimo to mam wrażenie, że zleciał nad wyraz szybko. W końcu mogłam zwolnić obroty, spędzić czas z rodziną, znaleźć czas dla siebie. Bez pośpiechu, bez codziennego gonienia między domem, a pracą. Z natury jestem typem domatora i bardzo brakowało mi tego spokoju przez cały rok. To właśnie w domu, między bliskimi, wypoczywam najlepiej - na nic nie zamieniłabym tych długich, leniwych poranków (nawet jeśli zaczynały się o 6 rano), kreskówek, spacerów po parku, weekendów u dziadków, totalnego luzu i beztroski - po prostu bycia razem, bez potrzeby patrzenia na zegarek. Między tymi chwilami znalazłam też czas na drobienie blogowych zaległości, zakupy i zakochanie się w paru cudownych kosmetykach.

Jak było z tym zakochaniem? Już opowiadam.


W lipcu ponownie zabrałam się za ćwiczenia, a z szuflady wyciągnęłam szczotkę do ciała (przyznaję, że ostatnimi czasy mocno ją zaniedbałam). Nie mogło więc zabraknąć odżywczego, regenerującego skórę balsamu. Phenome Smoothing Body Balm okazał się świetnym wyborem - to naturalny balsam intensywnie modelujący, który sprawi, że nasza skóra będzie bardziej elastyczna, sprężysta, odżywiona i nawilżona. Phenome ma aksamitną, ale bardzo treściwą konsystencję, a do tego świeży, lekko ziołowy zapach, który bardzo lubię. Świetnie sprawdza się po ćwiczeniach i masażu szczotką. Błyskawicznie wygładza i świetnie nawilża skórę, a pod koniec miesiąca widać już pierwsze efekty kompleksowych działań. Skóra jest jędrniejsza, bardzo gładka, a nogi z każdym dniem wyglądają coraz lepiej.

Jakiś czas temu do mojej codziennej pielęgnacji dołączył słynny krem ze śluzem ślimaka - Mizon Snail Repair Eye Cream. Krem pod oczy zawiera 80% filtratu wydzieliny ślimaka, która odpowiedzialna jest za wygładzenie i regenerację skóry. Dodatkowo pobudza produkcję kolagenu, działa rozświetlająco, nawilżająco i ujędrniająco. Ma neutralny zapach, lekką konsystencję, a skóra chłonie go bardzo szybko. Na ogół nie mam problemów z przesuszoną skórą pod oczami - sięgam po sprawdzone kosmetyki, które utrzymują ją w dobrej kondycji, ale uwierzcie, gdy tylko trafi mi się niewypał, drobne zmarszczki dają o sobie znać. Mizon świetnie utrzymuje skórę w ryzach, jest ładnie napięta i rozświetlona - od kiedy go stosuję praktycznie zrezygnowałam z korektora pod oczy, więc jeśli macie problemy ze zmęczonym spojrzeniem, ślimakowy krem może być dla Was ratunkiem. W kwestii nawilżenia, znam lepsze kosmetyki typowo do tego celu przeznaczone i mam wrażenie, że Mizon, z racji konsystencji, dobrze spisze się jako baza rozświetlająca pod silniej działający krem. Niemniej jednak, to już opcja dla wymagających, ja bardzo go polubiłam i z przyjemnością stosuję zarówno na dzień jak i na noc.

Kolejnymi ulubieńcami są dwa kosmetyki do makijażu, które potrafią cudownie upiększyć muśniętą słońcem cerę. Pierwszy z nich to Chanel Vitalumiere Aqua w odcieniu 20 Beige, lekki podkład na bazie wody, który idealnie stapia się ze skórą, sprawia, że jest rozświetlona, promienna i ma wyrównany koloryt. Krycie jest delikatne i właśnie taki efekt lubię latem. Podkład trzyma się na skórze bez zarzutu przez się cały dzień, do tego zawiera filtr ochronny SPF 15. Polecam szczególnie posiadaczkom cer suchych. Drugi kosmetyk to Bikor Como Satin Blush N°5 w odcieniu Sunrise, czyli róż i rozświetlacz w jednym, Ma ciepły, łososiowy odcień i drobinki rozświetlające, które sprawiają, że skóra nabiera świetlistego, złotego blasku. Dużym plusem jest wysoka jakość wykonania i piękny, waniliowy zapach. Latem nie wyobrażam sobie niczego lepszego. Uwielbiam!


Oczyszczanie. Musi być bardzo delikatne, w przeciwnym wypadku skóra od razu daje o sobie znać. Jeśli jesteście wrażliwcami, jak ja, Aesop Fabulous Face Cleanser powinien sprawdzić się u Was doskonale. To łagodny żel myjący na bazie oliwy z oliwek, z całym bogactwem naturalnych ekstraktów i olejków. Bardzo dobrze oczyszcza, nie podrażnia, można go stosować w okolicach oczu, a do tego pięknie pachnie rozmarynem (bardzo lubię ten zapach!).

Produkty do włosów pojawiają się na blogu dość rzadko, bo nieczęsto trafiam na kosmetyki z których byłabym w pełni zadowolona. Intensywną odżywkę do włosów John Masters Organics Lavender & Avocado uwielbiam ze względu na niesamowity zapach (o ile lubicie lawendę), genialny skład i świetne działanie. Odżywka jest lekka, dobrze nawilża, sprawia że włosy są sypkie, miękkie i sprężyste. Moje kręcone włosy przyjęły ją nad wyraz dobrze. Jak dotąd stosuję ją na całą długość, a czupryna nie jest ani trochę obciążona, czy oklapnięta. Im dłużej używam, tym bardziej jestem zadowolona z efektów i mam ochotę na kolejne kosmetyki od JMO.

Na koniec Hermes Un Jardin Sur Le Nil, zapach o którym rozpisywałam się już <tu> i <tu>. Mieszanka trawiastej zieleni, świeżości i soczystego mango, działa odprężająco i cudownie zgrywa się z moją skórą w najgorętsze dni. Noszę nałogowo.


A jaki był Wasz lipiec? Macie jakieś kosmetyczne zachwyty, którymi chciałybyście się podzielić? A może u mnie znalazłyście coś co Was zainteresowało?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

18.12.14

Planeta Organica - balsam marokański i szampon turecki


W ostatnich tygodniach moją włosową pielęgnację ponownie zdominowały rosyjskie hity z Planeta Organica. Po małej przerwie, i romansami z innymi kosmetykami, z całą pewnością mogę stwierdzić, że moje zdanie na temat prezentowanej dwójki nie zmieniło się ani trochę. No i chyba pora najwyższa, aby światło dzienne ujrzała recenzja.

Niewątpliwie największą gwiazdą jest tu balsam marokański. To on od dawna cieszy się popularnością, całkiem zresztą słuszną. Najczęściej używam go w duecie z szamponem tureckim, który, również zasługuje na chwilę uwagi. Tak więc od szamponu zacznę recenzję. 

Na początku rzut oka na skład:

Aqua with infusions of: Organic Eucalyptus Globulus Leaf Oil, Corylus Avellana Seed Oil, Cinnamomum Zeylanicum Bark Oil, Organic Citrus Grandis Fruit Extract, Eugenia Caryophyllus Seed Extract, Vanilla Planifolia Flower Extract, Cinnamomum Cassia Bark Extract, Magnesium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Decyl Glucoside, Glycol Distearate, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Sodium Chloride, Parfum, Citric Acid

Kluczowe składniki to olej z liści eukaliptusa, orzecha laskowego, cynamonu i grejpfruta oraz ekstrakt z wanilii. Substancje myjące znajdują się dopiero na dalszych pozycjach. Zapach szamponu (dla mnie dość istotna sprawa) początkowo może zaskoczyć. Spodziewałam się cynamonowo-waniliowej bomby, natomiast dostałam coś co na początku jawiło mi się jako mocna mieszanka ziół. Zapach, który nie każdemu przypadnie do gustu, a który ja od razu pokochałam. Po chwili zastanowienia i zerknięciu na skład, rzeczywiście rozpoznaję w nim intensywny aromat eukaliptusa, rozgrzewającą woń cynamonu i cierpkość grejpfruta. Niesamowicie działa na zmysły i fajnie pobudza, do tego utrzymuje się na włosach po umyciu, potęgując uczucie świeżości i czystości. 

Odnośnie działania. Na początek banał, choć dość istotny. Szampon dobrze się pieni i nie plącze włosów. Przyznam szczerze, że nie tego się spodziewałam po pierwszym zerknięciu na skład i tu miło się zaskoczyłam. Dozownik z wydziela dość skromne porcje, więc trzeba kilka pompek, aby wydobyć wystarczającą ilość produktu. Po umyciu włosy są w dobrym stanie, a szampon świetnie radzi sobie z oczyszczaniem i nie obciąża ich nawet po kilku sesjach. Zawarte w nim olejki zapewniają dodatkową dozę pielęgnacji jednak przy moich suchych i cienkich włosach nie jest ona wystarczająca, abym mogła obejść się bez odżywki. I tu do akcji wkracza drugi produkt.


Balsam Marokański pokochałam od pierwszego użycia, najpierw za cudowny orientalny zapach, a zaraz potem za efekty. 

Aqua with infusions of Argania Spinosa Kernel Oil, Organic Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Extract, Rosa Damascena Flower Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Flower Extract, Eucalyptus Globulus Leaf Oil, Organic Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Cetrymonium Chloride, Quaternium-87, Hydroxyethylcellulose, Cetrimonium Bromide, Benzyl Alcohol, Sorbic Acid, Benzoic Acid, Citric Acid, Parfum.

Skupiając się na tym co dobre, a to na szczęście znajduje się na początku składu, mamy tu olej arganowy, ekstrakt z mięty, róży damasceńskiej, kwiatu pomarańczy, olej z liści eukaliptusa i oliwę z oliwek. Zapach po raz kolejny wprawił mnie w zachwyt i myślę, że wielbicielkom cięższych, orientalnych woni, powinien przypaść do gustu. Wiem, że to jedynie dodatek i nie powinnam rozwodzić się nad nim w pierwszej kolejności, ale przyznam szczerze, że były takie przypadki, gdy piękny aromat kosmetyku potrafił przesłonić mi jego mniejsze wady. Na szczęście tym razem nie ma takiej potrzeby, bo o wadach balsamu ciężko byłoby mi cokolwiek napisać. Nie widzę żadnych. Podczas gdy niektórzy narzekają na kiepską wydajność, ja w tej kwestii nie mam zastrzeżeń. Tym bardziej, że cena nie jest zaporowa i balsam kupimy za około 18 zł. W tej kwocie dostajemy kosmetyk, który, w moim przypadku, zapewnia lśniące, idealnie wygładzone i dobrze nawilżone włosy. Balsam zlikwidował problem puszenia, sprawił, że włosy są sypkie i niesamowicie miękkie w dotyku. Dodatkowo, po dłuższym stosowaniu nie spowodował obciążenia, a różnicę po jego użyciu wciąż widać u mnie gołym okiem.


Balsam i szampon tworzą razem zgrany zespół, który nie byłby jednak tak skuteczny, gdyby nie pierwszy z wymienionych kosmetyków. Balsam marokański mogę zdecydowanie polecić, bo poradzi sobie świetnie w duecie z wieloma innymi szamponami. Szampon tybetański natomiast, jest po prostu dobrym produktem, który świetnie spełnia swoją funkcję umilając proces mycia głowy pięknym zapachem. Dodatkowym plusem jest fakt iż zawiera całkiem słuszne ilości składników korzystnych dla wzrostu i wzmocnienia włosów. 

Ciekawa jestem ile z Was miało okazję z nich korzystać. Jakie są Wasze wrażenia? Sprawdziły się u Was, czy może nie byłyście z nich zadowolone?

pozdrawiam
Kinga

SHARE:
© ROSE AND VANILLA . All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig