1.8.16

Lipiec w zdjęciach

O tym co działo się u mnie w lipcu pisałam krótko w poście o ulubieńcach. Teraz zabieram Was na krótką podróż przez Instagram - uwielbiam to miejsce i jestem tam zdecydowanie częściej niż na facebookowym fanpage'u. Mam wrażenie, że ten drugi, zamiast współpracować, robi wszystko by utrudnić komunikację. W związku z tym, zapraszam na Insta, tam jestem zdecydowanie bardziej u siebie.

1. Ulubieńcy lipca 2. pl.squared.one pięknie i szybko wywoła Wam zdjęcia 3. Pielęgnacja z Phenome 4. Figa :)

5. Lato w pełni 6. Hermes un Jardin Sur Le Nil 7. :) 8. Maliny :D

9, 10. Relaks 11. W czasie deszczu dzieci się nudzą 12. Nowości

13. Mniam 14. Nowiści z Organique 15. Nourish - niestety, nie do końca się sprawdził 16. Jeszcze więcej nowości

17, 19. Porządki w próbkach 18, 20. Jezioro Tarnobrzeskie


A Wam jak minęła pierwsza połowa wakacji?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

9.7.16

Czerwiec w zdjęciach


1. Domowe SPA dla nóg 2, 3. W kuchni 4. Najlepsze!

5. 6. Zakupy z Galilu.pl 7. Obiecałam rozdać próbki 8. Figa!

9. Niezbędniki 10. Coś na upalne dni 11. Spacer 12. Pilea :)

13. Ulubieńcy czerwca 14. Najlepszy na świecie smalec z fasoli wg. Jadłonomii 15. Prezenty od Phenome 16. Figa raz jeszcze

17. Zestaw ratunkowy 18. :( 19. Wpis o 6 zapachach na lato 20. Włosowe zakupy z Organicall.pl

21. 22. 23. Najpiękniej 24. Nowości pielęgnacyjne 

25. Zieleń 26. Kuchnia 27, 26. Mintishop.pl

I to wszystko ... zupełnie nie mam zamiaru się rozpisywać. Dajcie znać, czy lubicie takie zdjęciowe posty - może w końcu zaczną pojawiać się z nieco większą regularnością :)

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

10.3.14

Catrice Liquid Metal - 010 Look Me In The Ice


Swego czasu opublikowałam krótki post z moją kosmetyczną listą życzeń. Dzisiejszego bohatera co prawda tam nie było, ale znalazł się nieco podobny, śliczny Bobbi Brown Sparkle Eyeshadow, którego cena wydała mi się delikatnie mówiąc kosmiczna. Zdecydowałam się więc na kilkakrotnie tańszą alternatywę, którą podobno jest Catrice Liquid Metal (tę opcję proponowała na swoim blogu Katosu).

Padło na kolor 010 Look Me In The Ice, czyli mocno połyskującą, metaliczną perłę. Cień jest bardzo dobrze napigmentowany i napakowany pięknie odbijającymi światło drobinkami. W wersji skoncentrowanej świetnie nadaje się do rozświetlenia wewnętrznych kącików oka. 


Lekko rozsmarowany, tworzy na skórze połyskującą taflę. Aplikacja jest bardzo prosta, cień łatwo się rozciera, dzięki czemu możemy uzyskać taki efekt na jakim mamy ochotę - od mocnego prawie białego, po przeźroczysty efekt tafli wody.


Cień rewelacyjnie sprawdza się nałożony na gołą powiekę, oraz jako wykończenie makijażu - wystarczy musnąć opuszkiem sam środek lub całą powierzchnię powieki, aby drobinki przyczepiły się do skóry. Poniżej przedstawiam wersję z linerem i dosłownie odrobiną cienia.


Efekt? Delikatny połysk i delikatnie rozjaśnione spojrzenie. Nazwa Liquid Metal wzięła się tu nie bez powodu, moim zdaniem dokładnie oddaje wrażenie jakie uzyskujemy po aplikacji cienia na powiekę. Jeśli chodzi o trwałość, na innych cieniach trzyma się tak długo jak one. Nakładając na gołą powiekę, użyłam bazy, ale można również zastosować podkład lub korektor. Wtedy cień nie przemieści się w ciągu dnia. Przy nakładaniu trzeba uważać, bo lubi się lekko osypywać.



Wybaczcie moje brwi, obecnie jestem na etapie ich zapuszczania, czego marne rezultaty niestety widać powyżej.

Ja jestem z Catrice bardzo zadowolona, nie jest to co prawda Bobbi Brown, ale jako tańszy zamiennik (Bobbi Brown 132 zł, Catrice 12 zł) sprawdza się bardzo dobrze. Seria Liquid Metal ma w swojej ofercie sporo innych cieni, ale jakoś żadem mnie nie skusił. Zastanawiam się jeszcze nad złotem, wydaje mi się, że do lekkiego wakacyjnego makijażu będzie się świetnie nadawać. 

Nawiasem mówiąc, zauważyłam ostatnio u siebie tendencję do coraz większego minimalizmu w makijażu oczu - coraz rzadziej sięgam po palety i bawię się w cieniowanie. Pędzelki zastąpiłam palcami i korzystam głównie z Color Tattoo, ewentualnie, jeśli maluję kreskę, korzystam też z Catrice. Tym samym bardziej skupiam się na makijażu ust, choć mam wrażenie, że większość moich szminek jakoś źle wypada na tle bladej po zimie skóry. Nie mogę się doczekać wiosny i większej dawki słońca. W międzyczasie chyba skorzystam z pomocy słońca w tubce, a efektami podzielę się z wami niebawem :) 

A jak u Was wygląda obecnie codzienny makijaż? Stawiacie na lekkość, czy mocny, dopracowany wygląd?

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

13.2.14

Malinowo-jagodowe usta - Maybelline Color Sensational - 175 Pink Punch


Szminka Maybelline Color Sensational to mój mały faworyt ostatnich dwóch miesięcy. Z początku nie mogłam się zdecydować czy właściwie ją chcę - kolor wydawał mi się bardzo mocny i obawiałam się, że po zakupie rzucę ją w kąt. Poza tym ciekawiły mnie inne odcienie, a testerów było jak na lekarstwo - uchował się akurat ten i kilka innych zupełnie "nie moich" kolorów. I dzięki za to, bo w przeciwnym wypadku pewnie nie zwróciłabym na Pink Punch uwagi.

Kupiłam i nie mogłam się powstrzymać, umalowałam się nią zaraz po wyjściu ze sklepu i z miejsca się polubiłyśmy. Szminka ma kremową konsystencję i waniliowo - budyniowy zapach (dla tych którzy wanilii nie lubią może on jednak być nieco drażniący). Idealnie spisuje się w takie dni, kiedy nie mam ochoty, albo czasu na mocne podkreślenie oczu. Wtedy Pink Punch po prostu "robi" cały makijaż. Najchętniej używam duetu - cień Maybelline Colour Tattoo on and on bronze na oko i Color Sensational na usta.


Kolor producent określa jako Pink Punch - nazwa identyczna z bardzo popularną pomadką Baby Lips - według mnie poza oczywistą dawką różu mają niewiele wspólnego. Color Sensational jest zdecydowanie cieplejsza w odcieniu, mimo, że to właściwie fuksja. Baby Lips jest zdecydowanie chłodna, bardziej wpadająca w zimny fiolet. Color Sensational określiłabym jako malinowo jagodowy shake.


Noszę ją na dwa sposoby. Poniżej delikatny efekt uzyskany przez wklepanie odrobiny pomadki palcami. Bezpiecznie i subtelnie, a efekt bardzo świeży i naturalny.


Na kolejnym zdjęciu szminka w pełnej krasie - dla mnie za mocno na co dzień, ale na specjalną okazję jak najbardziej. Można kombinować z wersjami pomiędzy, ja pokazuje najsłabszy i najmocniejszy efekt jaki udało mi się uzyskać. Na zdjęciu powyżej widać, że moje usta są nieco suche i spierzchnięte. Niżej - szminka bez problemu sobie z tym poradziła - suchości nie widać, skórek nie podkreśla. Konsystencja jest gładka, kremowa z ładnym połyskiem.


Maybelline Color Sensational polubiłam ze względu na kolor, konsystencję i fakt, że nie wysusza ust. Dzięki temu można ją z powodzeniem używać zimą. Trwałość jest zadowalająca, stopniowo się zjada, ale kolor jest mocny, i barwi usta na długo. Malowanie to przyjemność - sunie po ustach jak masełko, rozprowadzając szminkę równo na całej powierzchni. Trzeba jednak uważać, bo ze względu na miękką konsystencję, w ekstremalnych sytuacjach może się rozmazać. Mimo tego mam ochotę na inne wersje (wiem, że jest też kilka odcieni z drobinkami, jednak takie niezbyt lubię).

Zdecydowanie polecam wypróbować Pink Punch, szczególnie tym osobom, które (jak ja) w chłodnych, fuksjowych kolorach na ogół nie wyglądają zbyt korzystnie - o dziwo ta bardzo dobrze współgra z moim typem urody.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

5.2.14

Malowanie kreski stało się łatwe dzięki ...


Duetowi na zdjęciu poniżej. Pierwszy to czarny eyeliner w żelu Maybelline Lasting Drama Gel Liner, który kupiłam kilka tygodni temu. Pędzelek to Essence, ale o nim nieco później. 


Od dłuższego czasu byłam wierna linerowi w pisaku Essence Superfine i nie było źle, ale dość szybko wysychał, a na półkach często go brakowało. Po głowie chodził mi Bobbi Brown, jednak cena nieco odrzucała. Gdzieś w odmętach internetu trafiłam na opinie porównujące Maybelline do Bobbi Brown - BB nie używałam, ale z pewnością mogę powiedzieć, że Maybelline bardzo miło mnie zaskoczył.



Opakowanie jest całkiem poręczne, to taki szklany słoiczek z metalową zakrętką. Zawartość elegancko czarna i aksamitna. Konsystencji nie nazwałabym żelową, jest to bardziej taki gęsty krem, albo masełko. Jak na razie nic nie przysycha, ale myślę, że w razie awarii jest na to tyle sposobów, że jakoś mi to snu z powiek nie spędza.

W opakowaniu znajdziecie pędzelek, który jest całkiem znośny (to ten brązowy na zdjęciu poniżej). Ja jednak używam różowego pędzelka z Essence, który spisuje się rewelacyjnie - jak tylko zobaczycie go w drogerii, bierzcie koniecznie! Na prawdę nie ma potrzeby inwestować od razu w drogi pędzel. Można oczywiście z powodzeniem używać tego z zestawu, ale popatrzcie na zdjęcia porównawcze i pomyślcie, którym wolałyście malować kreskę.



Porównując grubość widać wyraźnie, że Essence wygrywa. Pędzel jest zbity i dość miękki, idealnie sunie po powiece, trzymając się blisko linii rzęs. Bardzo łatwo stopniuje się nim grubość kreski, pozwala też na idealnie cienkie jej zakończenie. 



Sam eyeliner oceniam bardzo dobrze, zapłacimy za niego ok 27 zł, co biorąc pod uwagę wydajność i jakość nie jest wysoką ceną. Mi udało się go dorwać na promocji za kilkanaście złotych, jednak uważam, że jest wart swojej ceny. Daje intensywnie czarną kreskę, łatwo się rozciera i jest bardzo trwały - nic się nie kruszy, nie blaknie w ciągu dnia. 

Spotkałam się z kilkoma zarzutami co do intensywności koloru. Jak jest u mnie, widać na powyższym zdjęciu. Przyznam, nie mam porównania do wielu żelowych eyelinerów, więc ciekawa jestem opinii dziewczyn, które mają większe doświadczenie. Może używałyście Bobbi Brown lub macie zupełnie innego faworyta? Według mnie pigmentacja jest mocna. Kreskę na oku maluję od lat i tutaj czerń jest głębsza i trwalsza niż w przypadku linerów w pisaku czy kałamarzu. Nie mówiąc o łatwości samej kreski.

Czekam na wasze opinie, a ze swojej strony polecam zarówno eyeliner Maybelline, jak i pędzelek z Essence.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:

16.1.14

9 powodów, dla których warto kupić Maybelline Color Tattoo


Jeśli oczywiście już tego nie zrobiłyście. Mowa o Maybelline Color Tattoo "On and on bronze" nr 35 - wydaje mi się, że najfajniejszy i najbardziej uniwersalny z dostępnych odcieni.

Nie będę się rozpisywać na jego temat, to co trzeba widać na zdjęciach. Poniżej spisałam krótko, dlaczego, według mnie warto się na niego skusić :

1. Jest idealny dla osób, które nie lubią/nie potrafią bawić się cieniami - najlepiej nakłada się go palcem, otrzymujemy ładny efekt, przy minimalnym wysiłku.

2. Ma się wrażenie starannego cieniowania, bo w załamaniu naturalnie staje się ciemniejszy, a środkową część powieki rozświetla


3. Przez co sprawia wrażenie, że spędziłyśmy przy makijażu więcej czasu niż faktycznie to zajęło.



4. Jak sama nazwa sugeruje, trzyma się na oku jak tatuaż - nie roluje się w załamaniach, nie blaknie, nie rozmazuje się - po prostu zastyga na powiece, o czym przekonałam się przy okazji robienia swatchy - po jakimś czasie chciałam je zetrzeć i okazało się, że zastygły na skórze jak farbka :) Cień trzyma się cały dzień, do momentu demakijażu.

5. Nadaje spojrzeniu głębi, a sam kolor bardzo ładnie prezentuje się na powiece

6. Ładnie wygląda na oku solo, można też stopniować jego nasycenie
- od lekkiego podkreślenia powieki, do subtelnego smokey.



7. Jest wydajny i ma poręczne opakowanie

8. Przedłuża trwałość innych cieni - można go również stosować jako bazę

9. Obecnie w Drogerii Natura jest wyprzedaż wszystkich odcieni do wyczerpania zapasów - zamiast 24 zł, zapłacimy około 15 zł.



Podsumowując, dobry, uniwersalny, do użytku codziennego i od święta. Ciekawa jestem jak spisują się wersje matowe tych cieni i czy  w ogóle są warte zakupu, całkiem fajnie wyglądał też srebrny metalik. Ktoś posiada inne wersje? Chętnie dowiem się co myślicie o Color Tattoo.

pozdrawiam
Kinga
SHARE:
© ROSE AND VANILLA . All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig